Małgorzata Osmola

Muraho! Witajcie!

Mam na imię Gosia, jestem młodym lekarzem i już za kilka dni wyruszam na misję medyczną do Rwandy. Za mną wiele miesięcy przygotowań do wyjazdu, a najważniejsze jeszcze przede mną – trzymiesięczny wolontariat w szpitalu w Nembie, w północnej części kraju.

Pomysł o wyjeździe siedział mi w głowie już od dawna, był nawet motorem pójścia na studia medyczne. Okazało się jednak, że sama chęć wyjazdu nie wystarcza. Potrzebna jest również olbrzymia determinacja, wiedza, oraz pomoc życzliwych osób… Postaram się z Wami podzielić moimi doświadczeniami z przygotowań do misji w Rwandzie.

Poszukiwania miejsca wyjazdu zaczęłam równo rok temu. Skontaktowałam się z prawie wszystkimi organizacjami humanitarnymi, zajmującymi się pomocą medyczną, istniejącymi w Polsce. Wszystkie zgodnie uważały, że jestem jeszcze za młoda, i że mój roczny staż pracy to zdecydowanie za mało, żeby pracować jako samodzielny lekarz w Afryce.
Czy odpuściłam? Oczywiście, że nie. Nie na darmo moi przyjaciele nadali mi przydomek „niezmordowana”.

Zaczęło się od Republiki Południowej Afryki (RPA). Wybrałam ten kraj, ponieważ fascynuje mnie jego historia, jest bezpieczniej pod względem epidemiologicznym (w południowej Afryce nie ma zagrożenia malarią). Skontaktowałam się z ośrodkiem misyjnym ojców Paulinów w Centocow. To taka południowoafrykańska Częstochowa. Wiedzieliście o jej istnieniu?! Ja wcześniej też nie ;)

W zorganizowaniu wyjazdu pomagał mi Zuluski Ksiądz – Ojciec David. Skontaktował mnie z miejscowym szpitalem. Wszystko zapowiadało się świetnie. Ale Dyrekcja była tak opieszała w działaniu, że zapytanie o zgodę o miejscowej Rady Lekarskiej wysłała dopiero po kilku miesiącach moich nalegań <sic!>. Wtedy zdałam sobie sprawę, że nic z tego nie będzie. Straciłam mnóstwo czasu, trochę się załamałam. Czy się poddałam? Chyba już znacie odpowiedź…

Napisałam do mojego ziemskiego anioła, który od samego początku motywował mnie do wyjazdu – doktor Dominiki Pomorskiej. Uruchomiła swoje kontakty i poradziła, abym napisała do Doktora Norberta Górskiego, który sam był na misji w Rwandzie. Doktor Norbert to kolejna niesamowita osoba, właściwie dzięki której wyjeżdżam do Afryki. Z tego doświadczenia płynie taka lekcja, że pomoc otrzymujemy od osób, od których nigdy byśmy się tego nie spodziewali. Dlatego w dążeniu do celu, jakim jest wyjazd na misje, warto pisać dosłownie do wszystkich, i na pewno znajdzie się wśród nich ktoś, kto doceni nas, i nasze chęci.

Następnie skontaktowałam się z Dyrekcją Szpitala w Niemba, oraz z Rwandyjskim Caritasem. To była już zupełnie inna jakość współpracy. Szybkie odpowiedzi, szybkie dogadanie szczegółów, po prostu zaczęło się dziać! Był to zdecydowanie moment przełomowy, w którym zaczęłam być pewna, że wszystko się uda. Ale jak się później okazało, był to tylko malutki pierwszy kroczek na dłuuuugiej drodze.

Przed wyjazdem musiałam się porządnie doedukować. Przeczytałam o kraju wszystko, co miałam pod ręką, oglądałam filmy, rozmawiałam z osobami, które były tam na miejscu, aby po przyjeździe jak najmniej mnie zaskoczyło. Pewnie szoku kulturowego nie da się uniknąć, ale przynajmniej wiem, na co się piszę.

Rwanda. Kraj budzący skrajne emocje. Z jednej strony piękno natury, z drugiej piekło, jakie zgotowały sobie plemiona Tutsi i Hutu ponad 2 dekady temu. Nie jadę tam, by przeżywać na nowo całe zło, patrzeć przez pryzmat krwawej przeszłości - chcę pomóc w budowaniu przyszłości, której solidną podstawą jest zdrowie. Rwandyjczycy już poczynili pierwsze kroki w kierunku budowania stabilności politycznej, ponadto w ciągu ostatniej dekady odnotowano spory wzrost gospodarczy. Lecz nadal nie jest to kraj bogaty, w naszym tego słowa znaczeniu… Dochód miesięczny rodziny na wsi wynosi ok. 20 zł, co sprawia, że podstawowe usługi medyczne są poza ich zasięgiem – przykładowo, koszt porodu siłami natury w szpitalu, równy jest miesięcznemu dochodowi rodziny, a cięcie cesarskie to czterokrotność tej kwoty! Dodatkowo pacjenci muszą na własny koszt zaopatrywać się w leki. Sprawia to, że opieka medyczna jest dla większości społeczeństwa nieosiągalna.

Kilka słów o miejscu mojego wyjazdu. Szpital w Niemba, znajduje się w północnej Rwandzie i służy populacji blisko ćwierć miliona osób. Powstał dzięki pomocy organizacji Medicus Mundi International. Przez 40 lat jego istnienia, utworzono 180 łóżek dla najbardziej potrzebujących pacjentów oraz przyszpitalną przychodnię. Ośrodek jest objęty kuratelą Caritasu diecezji Ruhengeri, i obecnie zmaga się z brakiem personelu lekarskiego. W szpitalu pracuje tylko 5 lekarzy. Z troski o pacjentów, dyrektor Rwandyjskiego Caritasu - Ojciec Theoneste zaprosił mnie do Niemba, abym pracowała w szpitalu jako wolontariuszka.

Miałam miejsce wyjazdu, chęci, ale nie miałam środków. Niestety z pensji lekarza stażysty nie da się odłożyć 10 000zł, a tak wstępnie rysowały się koszta. Pomyślałam, że warto by było zawieźć tam również sprzęt medyczny. Tylko skąd wziąć na to pieniądze?

Wystosowałam do szpitala w Niemba zapytanie o zapotrzebowanie na sprzęt i starałam się gromadzić rzeczy z listy. Kontaktowałam się z firmami, pytając, czy byłby w stanie przekazać dary na rzecz mojej akcji. Reakcje byłby różne, najczęściej moje prośby były po prostu ignorowane. Czy się poddałam? To pytanie już chyba padło, odpowiedź na nie również…
Wśród gros firm, znalazły się takie, które niezwykle entuzjastycznie zareagowały na moją zbiórkę. To nie były suche rozmowy biznesowe, my ci coś damy, a co ty możesz dać nam? Tylko prawdziwe dary od serca, oraz olbrzymie wsparcie duchowe! Właścicieli firm nie spotkałam osobiście, ale rozmawiając z nimi czułam, że są mi oni bardzo bliscy, że są po mojej stronie!

Bardzo ważnym momentem było również poproszenie Księdza Proboszcza mojej Parafii Św. Faustyny w Częstochowie, o możliwość zorganizowania zbiórki pieniędzy w naszym Kościele. Od Parafian dostałam masę wsparcia, nic tak nie daje kopa do działania, niż świadomość, że ktoś wierzy w to, co robię! Udało mi się zebrać nie tylko środki, ale też dotrzeć do kolejnych osób, które chciały sponsorować mój wyjazd.

Przyjaciele i rodzina też są ze mną. Wiele osób pyta, co o wyjeździe sądzą moi rodzice. Oczywiście boją się, bo troszczą się o mnie. Rwanda nie jest najbezpieczniejszym miejscem na Ziemi, ale mama i tata popierają moją akcję jak mogą. Chyba już się pogodzili z tym, że nie mam charakteru domatora i że czasem miewam pomysły, które mogą wydawać się szalone. Dzięki, że jesteście!

Jak jeszcze starałam się dotrzeć do ludzi z moją akcją? Najprostszym sposobem jest wykorzystanie social media. W dobie Facebooka nie da się tego uniknąć. Postanowiłam też skorzystać ze strony crowdfundingowej do zbierania środków. Wybrałam stronę https://zrzutka.pl/ bo wydawała mi się najprostsza w obsłudze. O co chodzi w crowdfundingu? W zebraniu dużej sumy przez dużą ilość mniejszych wpłat. Każdy pomaga, na ile może, począwszy od kwoty 5 zł, aż do kilku tysięcy złotych, bo taki był rozstrzał przekazywanych środków w mojej zbiórce. Każdemu wpłacającemu, niezależnie od sumy, jestem bardzo wdzięczna!

Miejsce wyjazdu mam, środki już też, pora zadbać o bezpieczeństwo na miejscu. W tym pomogła mi niesamowita Fundacja Pomocy Humanitarnej Redemptoris Missio, której jestem oficjalną wolontariuszką. Fundacja ta, zajmuje się profesjonalnym przygotowywaniem misjonarzy na wyjazd. Nie zapomnieli też o mnie. Zostałam ubezpieczona, zaszczepiona w Centrum Chorób Tropikalnych w Poznaniu, poinstruowana jak powinnam się zabezpieczać przed zakażeniami. Fantastycznie jest dbać o innych, ale nie można robić tego kosztem własnego bezpieczeństwa. Bo właśnie ono jest najważniejsze.

Przed wyjazdem odbyłam wiele rozmów. Mogę je z grubsza podzielić na dwa rodzaje – pierwsze to takie, w których jestem chwalona za to, że jadę pomagać najbardziej potrzebującym. Drugie zaczynają się od „Chyba oszalałaś! Czy ty wiesz na co się piszesz?!” Taką właśnie rozmowę - wystawienie na próbę, odbyłam z ks. Markiem Batorem, prezesem Caritas Archidiecezji Częstochowskiej. Dlaczego właśnie ona była dla mnie najcenniejsza? Bo sama utwierdziłam się w przekonaniu, że wiem co robię. Ksiądz sam był misjonarzem, i to doświadczenie budzi w nim skrajne emocje. Jak sam mówi, to jest zupełnie inny świat. I trzeba być gotowym na to, co się tam zastanie. Brud, bieda, robaki, choroby… to tylko niektóre „uniedogodnienia”. Ja podejmuję wyzwanie i jadę na misję, jednak jestem świadoma, że nie uzdrowię wszystkich i nie za wszelką cenę. Będę robić co mogę, ale nie kosztem własnego zdrowia i bezpieczeństwa.

Dziękuję Wam, że dotrwaliście ze mną do końca tego krótkiego artykułu. W połowie listopada będę już w Rwandzie. Bądźcie ze mną myślami i módlcie się o pomyślność mojej misji.

Małgorzata Osmola

 
 

dr Grzegorz Szanecki

Do Kamerunu z misją operowania woli tarczycowych wyruszyła grupa lekarzy: Renata Popik, Olga Stańkowska i Grzegorz Szanecki. Cały wyjazd obfitował w zaskakujące dla lekarzy sytuacje. Doktor Grzegorz Szanecki opowiada "Szpital wprawdzie posiadał butlę tlenową, ale bez tlenu, był też nieużywany ssak, który po drobnych naprawach udało się uruchomić.

Pacjentów wywożonych po operacji na sale trzeba było po prostu w pewnym momencie podróży łóżkiem wziąć na ręce i zanieść. Na szczęście nie byli zbyt ciężcy." Trochę trzeba było pracować na tzw. MacGyvera, ale prowizorka się sprawdzała" mówi doktor Popik. Chirurg Grzegorz Szanecki relacjonuje: "Niby 25 stopni, niby słońce za chmurami, ale z człowieka się leje. Droga męcząca, ale do przeżycia. Warunki mieszkaniowe też. Ja spałem w jakiejś dobudówce. Pracy było w bród. Tam jest też tak, że po operacjach rany szybciej się goją. Na co dzień miejscowi żyją w warunkach powiedzmy szczerze -  brudnych więc ich system odpornościowy jest wytrenowany. U nas to pierwsza bakteria i człowiek się rozkłada, a tam jednak trzymają się zdrowo. Dietę też mają nienajlepszą, jedzą bardzo monotonnie i myślę, że jakieś niedobory mogą mieć. Jedzą maniok, pokroją sobie jakieś liście i mają sałatkę. Taką podstawą oczywiście byłoby mięso, ale do tego mięsa trzeba mieć dostęp. Nie dość, że byliśmy w ubogim rejonie to jeszcze ci Pigmeje Baka są jego najuboższą warstwą społeczną. Zresztą widać to dobitnie w ich ubogich warunkach mieszkaniowych i ubraniach. Miesiąc wcześniej byłem w Ugandzie i widziałem tam mnóstwo zwierząt – tutaj nie było żadnego mimo, że jechaliśmy wiele godzin przez las. Ludzie też bardzo zdystansowani i wycofani, ale broń Boże nie doświadczyliśmy żadnych agresywnych zachowań. Wycinka tego tropikalnego lasu to kolejny dramat tamtego regionu.

Przez cały kraj jadą ogromne ciężarówki z kilkoma drzewami. Ci, którzy to miejsce znają lepiej, mówią, że tych prawdziwie dużych drzew już nie ma, kiedyś pnie były tak gigantyczne w obwodzie, że na jednej ciężarówce mieściło się tylko jedno drzewo. Właścicielami wszystkiego są  duże koncerny z Europy a obecnie głównie z Chin. To państwo niewiele z tego ma. Pigmeje w tych lasach mieszkali od zawsze teraz przestali się przemieszczać i pracują za drobną zapłatę w kampaniach leśnych. Pojechaliśmy operować przepukliny, ale pacjenci przychodzili z każdym problemem, wiele było schorzeń urologicznych, ginekologicznych, wnętrostwa, woli tarczycowych. Nie mogliśmy operować wszystkiego z różnych powodów. Wiele tematów zostawiliśmy na przyszłość.   Pierwsze dwa dni, pacjenci przychodzili, owszem, ale bardzo niepewnie. Potem rozeszło się, że lekarze dobrze leczą, przekonaliśmy ich do siebie. Pacjenci ustawiali się w kolejkę, a my ustalaliśmy im zabiegi, zwykle na drugi dzień, aby nie musieli długo czekać. Niektórzy przyjeżdżali z naprawdę bardzo daleka.

O różnicach pomiędzy polską, a kameruńską chirurgią Grzegorz Szanecki opowiada tak: Oni tam mają takie przekonanie, że jak jest operacja to musi boleć. Wszystkich operują w znieczuleniu, większość operują w znieczuleniu miejscowym, większe zabiegi dodatkowo w anestezji dożylnej. Stół operacyjny posiada żelazną nakładkę przytrzymującą pacjenta gdyby zdarzyło mu się wybudzić w trakcie operacji. Uczestniczyliśmy w operacji przeprowadzanej przez lekarza z Kamerunu. Radził sobie całkiem nieźle, ale do płukania jelit chciał używał zwykłej wody mineralnej z butelki. Poprosiliśmy go o użycie sterylnych płynów, ale podejrzewam, że robili to przed naszym przyjazdem już nie jeden raz i będą nadal robić i co najciekawsze części ludzi udaje się z tego wygrzebać i wyzdrowieć. Generalnie standardy sobie, a natura sobie. Martwiliśmy się o siebie i o pacjentów. Ostatecznie przeprowadziliśmy 72 operacje na 56 pacjentach. Do zakłuć i zranień nie dochodziło, wszystkie operacje się udały. Ojciec Jerzy Kalinowski bardzo marzył o operacji plastycznej dla pewnego dziecka, które kiedyś odkrył w wiosce.

Maluch miał rozszczep wargi. Takich dzieci tam nikt światu nie pokazuje, wychowują się zamknięte w chatach
i własnym cierpieniu. Kiedy widzieliśmy się w Fundacji na miesiąc przed wyjazdem chirurgów, aby domówić resztę szczegółów ojciec Jerzy pokazywał zdjęcia dziecka i dopytywał, czy chirurdzy dziecko zoperują. Obiecali, że zdecydują na miejscu, ale jeśli wada będzie do operacji możliwa podejmą się tego zadania. Doktor Renata Popik relacjonuje: "Przyszli rodzice, przynieśli dziecko, wada nie była duża, do zoperowania w 20 minut. I nagle okazało się, że ojciec się nie zgadza". Jak to się nie zgadza?! To po co przyszedł z dzieckiem?- spytałam. "Trudno mi powiedzieć. Nie wiem." Po operacji przepukliny jednym z zaleceń jest, aby nie podejmować wzmożonego wysiłku fizycznego. Pacjentom trzeba było zapewnić posiłki, by zbyt wcześnie nie opuścili szpitala i nie wrócili do swojej pracy w lesie. W Kamerunie do szpitala nikt nie przychodzi sam, każdym chorym opiekował się ktoś z rodziny. Nad całością czuwała siostra Genevieve.