Katarzyna Wiktoria Maćkowska

 

Moje 365 dni w Namibii….

Katarzyna Wiktoria Maćkowska 

Już jako świeżo upieczona pielęgniarka Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu wyjechałam dzięki Fundacji ,,Redemptoris Missio,, do Namibii. I tak 25 lipca 2010 roku rozpoczęła się moja przygoda z Afryką…

Trafiłam do Andary – Misji Katolickiej znajdującej się w Rejonie Kavango w którym przyszło mi żyć i pracować przez cały okrągły rokJ. Miejsce to ukazało mi przez te 12 miesięcy mojego pobytu wśród plemienia Thimbukushu swoje niezaprzeczalne uroki jaki i bariery niemożliwe czasem do pokonania.

Przepiękna rzeka Kavango rozciągająca się na tamtejszym Rejonie sprawia, że drzewa są tam wiecznie zielone, czuć chłodną bryzę znad wody ale co najważniejsze zaopatruje ona pobliskie wioski w buszu i ludzi tam zamieszkujących w wodę. Co niestety również niosło ze sobą zagrożenia zdrowotne, z którymi między innymi przychodziło mi się codziennie zmagać jako pielęgniarki pracującej w miejscowej przychodni w Andarze.

Namibia należy do jednych z najpiękniejszych krajów Afryki południowej, ale niestety i odsetek ludności zarażonych wirusem HIV jest jednym z najwyższych. Przychodnia VCT Center ,,NEW START,, w której pracowałam jako pielęgniarka HAART przyjmuje i świadczy pomoc medyczną ludziom zarażonym wirusem HIV a także chorym na gruźlicę, malarię, dur brzuszny, choroby skóry, oczu i wiele, wiele innych.

 

 

Jako wolontariuszka, pracowałam również w okolicznych klinikach mieszczących się na terenie rejonu Kavango, w ramach klinik wyjazdowych: Kangongo, Mayara, Biro, Omega, Mutjiku, Bagani oraz Shamatura Clinic, Szpitalu CHS w Andarze a także w Girls and Boys Hostel w Andarze. W ramach wymienionych ośrodków prowadzone były działania medyczne z zakresu szczepień ochronnych dzieci, edukacji zdrowotnej i rozwojowej mającej na celu podniesienie świadomości zdrowotnej mieszkańców rejonu, profilaktyki zdrowotnej dzieci i dorosłych oraz niesienie pomocy medycznej jako personel pielęgniarski. Zakres moich działań obejmował głównie:

- opiekę nad chorymi i zdrowymi pacjentami przyjmowanymi ambulatoryjnie i stacjonarnie w szpitalu w Andarze,

- pomoc w zagospodarowaniu środkami medycznymi w przychodni i szpitalu,

- pomoc w pracach laboratoryjnych- wykonywanie testów na malarie,

- asystowanie lekarzom przy zabiegach wykonywanych w szpitalu,

- profilaktyka zdrowotna Matki i Dziecka w ramach PMTCT program,

- przeprowadzanie ankiet mających na celu prowadzenie screeningu pacjentów pod kątem zachorowań na gruźlicę- IPT program,

- przeprowadzanie i wypełnianie Safety Yellow Form - monitoring toksyczności leków stosowanych w leczeniu ART,

- kwalifikowanie pacjentów HIV pozytywnych do profilaktyki zakażeń oportunistycznych z użyciem Cotrimoxazolu – CPT program,

- prowadzenie prelekcji dla miejscowej ludności w ramach edukacji rozwojowej i podnoszenia świadomości na temat najczęściej występujących problemów zdrowotnych w rejonie oraz profilaktyki tychże chorób,

- prowadzenie spotkań promujących zdrowie wśród dzieci i młodzieży uczęszczającej do szkoły i zamieszkującej w Hotelach w Andarze.

Codziennie przyjmowaliśmy wspólnie z personelem pracującym w przychodni ok. 80-100 pacjentów: dzieci, młodzieży, dorosłych a także kobiet w ciąży i niemowląt. Praca z tamtejszymi ludźmi nie należała do łatwych: skrajna bieda, niedożywienie, brak higieny i niski poziom wiedzy medycznej naszych pacjentów odnośnie np. regularnego przyjmowania lekarstw, wizyt w przychodni czy też zabezpieczeń przed transmisją wirusa stanowił podstawowy i olbrzymi problem. Ciągle wzrastająca liczba osób zarażonych wirusem HIV podczas mojego odejścia przekraczała już  3 000 osób, zamieszkujących jedynie w rejonie Kavango. Było to aż o 1 000 nowych zachorowań więcej w ciągu tych 12 miesięcy mojej pracy i pobytu w Andarze. Z powodów wymienionych wcześniej, progresja wirusa HIV w organizmie postępowała niezmiernie szybko i wielu z naszych pacjentów było w III lub IV – ostatnim stadium AIDS. Brak środków na transport do przychodni powodował, że pacjenci nie przyjmowali leków miesiącami, bo nie stać ich było na podróż z wiosek oddalonych w buszu czasem nawet o 100 km. Przychodziły do nas kobiety w zaawansowanej ciąży z 5-orgiem czy 6-orgiem dzieci z miesięczną lub dwumiesięczną przerwą w przyjmowaniu lekarstw. Aby pomóc tym najbiedniejszym w przychodni raz w tygodniu odbywały się kliniki wyjazdowe do wiosek oddalonych w buszu o których wspomniałam już wcześniej. Tam również monitorowaliśmy, przepisywaliśmy leki i prowadziliśmy edukację zdrowotną naszych pacjentów. Czasem zdarzało się przyjmować ok. 200 pacjentów dziennie i wracać ok. 21.00 – 22.00 w nocy.

 

Jak już wspomniałam wcześniej: bieda, niedożywienie i brak higieny są przyczyną wielu problemów zdrowotnych ludności na tamtejszym rejonie. Bardzo częstymi były: biegunki, infekcje górnych dróg oddechowych, grzybice, wysypki, ropnie a także bardzo często również malaria i gruźlica. Wiele osób z powodu tych dwóch ostatnich umierało w pobliskim szpitalu w Andarze. W porze zimnej, gdzie temperatury rano sięgały zaledwie -2˚C dzieci biegały boso, bo ludzi nie stać na zakup ciepłych ubrań. Mały odsetek ludności mówi i pisze w języku angielskim, a poziom edukacji w miejscowych szkołach jest bardzo niski. Dzieci pochodzące z wiosek znajdujących się w buszu nie mają najmniejszych szans na dalszą edukację i pobyt w miejscowym prowadzonym  na Misji internacie. Ludzie plemienia Thimbukushu zajmują się głównie wypasem bydła mięsnego, z uwagi na obecność rzeki Kavango - połowem ryb, a także uprawą pola w pobliskiej okolicy – głównie Mahangu, Sorgam i Mutete.  Dlatego też dzieci po ukończeniu kilku zaledwie klas podstawówki przejmują pałeczkę po rodzicach i równie ciężko pracują. Wiele problemów i przeszkód z którymi zmagają się na codzień miejscowi ludzie przyczynia się do ich nieufności, braku motywacji do jakichkolwiek działań i zniechęcenia. Jedynie na buziach najmłodszych, można czasami zobaczyć uśmiech, na twarzach dorosłych to nadal bardzo trudne...

Katarzyna Wiktoria Maćkowska

 

Magdalena Soszyńska

 

Kamerun – Ndelele, 22.07-24.09.2011,

Magdalena Soszyńska,

Nazywam się Magdalena Soszyńska. Od około trzech lat jestem wolontariuszką Fundacji „Redemptoris Missio”. W lipcu ukończyłam położnictwo na Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu.

Od dawna marzyłam o wyjeździe do Afryki, chciałam wykorzystać umiejętności zdobyte na studiach, poznać nową kulturę, pomóc potrzebującym. Marzenie się spełniło! Fundacja skierowała mnie do Katolickiego Ośrodka Zdrowia w Kamerunie, w niewielkiej miejscowości Ndelele. Jest on prowadzony przez polskie Zgromadzenie Sióstr Pasjonistek. Mieści się w nim przychodnia, laboratorium, apteka oraz część położnicza, gdzie przyjmowane są porody.  Nad wszystkim czuwa s. Teodora – pielęgniarka z wieloletnim doświadczeniem. 

 

Przeprowadza konsultacje z pacjentami, zleca badania, przepisuje leki. Współpracuje z nią s. Nicole – położna. Pracuje nie tylko z ciężarnymi kobietami, ale też z pacjentami chorymi na AIDS.  W ośrodku niezbędny jest również laborant oraz pielęgniarki. Mimo, że nie ma tam lekarza, pacjenci są pod fachową opieką.

Pracowałam zarówno w przychodni jak i na porodówce, w zależności od potrzeby. Rejestrowałam pacjentów, mierzyłam ciśnienie, ważyłam, wykonywałam zastrzyki, kroplówki. Chorzy najczęściej zgłaszali się z malarią, gruźlicą, problemami żołądkowymi, zwykle spowodowanymi przez pasożyty. W Ndelele nie ma dostępu do wody, nie ma prądu. Głównym problemem jest brak odpowiedniej higieny. Po wodę do rzeki lub studni chodzą kobiety i dzieci. Siostry pracujące w ośrodku zdrowia nie tylko leczą, ale też prowadzą edukację. Uczą o higienie, o pielęgnacji noworodka, dobrym odżywianiu, o tym jak zabezpieczać się przed malarią oraz jakie są drogi zakażenia wirusem HIV.

 

 

Dwa razy w tygodniu razem z pielęgniarką jeździłyśmy do wiosek szczepić dzieci. Na widok charakterystycznej pomarańczowej walizki dzieci zaczynały płakać! Każde dziecko przed podaniem szczepienia musiało być obowiązkowo zważone. Niestety bardzo wiele jest dzieci niedożywionych. Mimo, że w tej części Kamerunu gleba jest bardzo dobra i wszystko na niej rośnie, dzieci jedzą głównie maniok. Owoców i warzyw nie brakuje, ale rodzice nie karmią nimi swoich pociech.

Kameruńskie kobiety rodzą kilkoro do kilkunastu dzieci. Przyzwyczajone są do rodzenia w domu, niechętnie przychodzą na porodówkę.  Służba zdrowia w Kamerunie jest płatna a średnie zarobki to około 300 złotych miesięcznie. Za poród też się płaci, co jest dodatkowym zniechęcającym czynnikiem. Gdy przyjechałam, s. Teodora ogłosiła, że podczas mojego pobytu porody będą bezpłatne. Było mi bardzo miło, że chciała zapewnić mi pacjentki. Podczas dwumiesięcznej pracy w Ndelele przyjęłam samodzielnie dziesięć porodów.

 

 

Oczywiście bardzo się bałam, gdyż nie miałam doświadczenia zawodowego. Czuwała nade mną s. Nicole do której mogłam się zwrócić w razie trudności. Praca przy porodach była wspaniała i zapamiętam ją do końca życia. Afrykańskie kobiety są niezwykle silne i wytrzymałe. Nie otrzymują żadnych środków przeciwbólowych. Doskonale znają swoje ciało, potrafią intuicyjnie wybrać wygodną dla nich pozycję. Zaskoczyło mnie i zarazem ucieszyło, że bardzo rzadko wykonuje się episiotomię, czyli nacięcie krocza. Nawet 14 – letnia dziewczyna podczas pierwszego porodu nie potrzebowała tego zabiegu. W Polsce nacięcie krocza robi się niemal rutynowo.
Warunki na położnictwie były prymitywne, nie było USG, KTG, inkubatora. Nawet gdyby udało się sprowadzić te urządzenia, nie mogłyby być używane z powodu braku prądu. Agregat włączany jest tylko od czasu do czasu. Doceniłam, że urodziłam się w Europie. Takiej biedy jak w Ndelele nie widziałam nigdy w życiu. Jednak ludzie są przyzwyczajeni do takiego życia, niczego im nie brakuje, są szczęśliwi, uśmiechnięci, bardzo uprzejmi. Zawarłam wiele wspaniałych znajomości.
Jestem niezwykle wdzięczna Fundacji za możliwość wyjazdu. Bardzo wiele się nauczyłam, nabrałam pokory. Zobaczyłam na własne oczy jak ważna jest pomoc niesiona przez Fundację – materiały opatrunkowe, leki. Z całego serca dziękuję za to cenne doświadczenie.