Jowita Winiaszewska

 

KAKOOGE, UGANDA 14 lipca - 20 września 2011

Jowita Winiaszewska

W połowie lipca trafiłam do malutkiej ugandyjskiej miejscowości Kakooge. Myślę, że jest najbardziej przyjazne miejsce w całej Ugandzie!

Do Ugnady wyjechałam z ramienia Fundacji Redemptoris Missio z Poznania, w której jestem wolontariuszem. Bardzo się cieszę i dziękuję, że umożliwili mi zdobyć tyle niesamowitych doświadczeń i przeżyć tak niecodzienną przygodę. Fundacja od prawie 20 lat pomaga polskim ośrodkom misyjnym w najuboższych krajach świata w organizowaniu profesjonalnego zaplecza medycznego. Jako studenci pakujemy i wysyłamy paczki z lekami, organizujemy zbiórki opatrunków, odzieży, a nawet aluminiowych puszek, które potem są sprzedawane, a pozyskane fundusze przeznaczane na zakupów leków lub sprzętu medycznego.

Do Kakooge przybyli polscy Franciszkanie i założyli misję.Z tego co wspominał Ojciec Bogusław i Ojciec Stanisław, którzy dotarli tu 10 lat temu, początki nie były łatwe.

Teraz misja jest już bardzo rozbudowana i budzi podziw. Oprócz kościoła i klasztoru Ojcowie wybudowali  szkołę średnią i Ośrodek Zdrowia. W między czasie rozwija się kolejna Franciszkańska misja w Matudze, która jest oddalona o 90 km w kierunku stolicy – Kampali. Tam też budowa szkoły idzie pełną parą, a lada dzień rozpocznie się budowa kościoła. To właśnie we wcześniej wspomnianym Ośrodku Zdrowia dane mi było pracować jako wolontariusz między 14 lipca a 20 września 2011 roku.  Jest on prowadzony przez Małe Siostry Świętego Franciszka.

Ośrodek Zdrowia to trochę za małe słowo, mimo że oficjalna nazwa brzmi: Franciscan Health Centre, ja raczej nazwałabym go malutkim szpitalikiem. Ośrodek składa się z pokoju badań lekarskich, laboratorium, oddziałów: dziecięcego, męskiego i żeńskiego, gabinetu dentystycznego, sali opatrunkowej,  sali porodowej, oddziału położniczego i poradnictwa położnej dla kobiet w ciąży. Wyposażony jest także w ultrasonograf, jednak brak ultrasonografisty na stałe. Zazwyczaj Siostra ze szpitala w Kamapli przyjeżdża raz w miesiącu na dwa dni i wtedy bada pacjentów.

Podobnie ma się kwestia Sali operacyjnej, która jest dobrze wyposażona. Można w niej przeprowadzać zabiegi chirurgiczne w znieczuleniu miejscowym lub częściowej sedacji, jednak chirurga brak, dlatego raz w miesiącu również przyjeżdża inna siostra chirurg i operuje pacjentów. Myślę, że powinnam wspomnieć jeszcze, że szpitalik funkcjonuje dopiero od 2008 roku i mam nadzieję, że rozwinie się tak aby całe jego zaplecze będzie mogło być wykorzystane w pełni.

W Ośrodku Zdrowia nie ma zatrudnionego na stałe lekarza, lecz pracują clinical officerzy. W Polsce nie ma odpowiednika takiej funkcji, to dawniejszy felczer. Clinical Officer jest osobą, która ukończyła trzyletnią szkołę medyczną przygotowującą do radzenia sobie z najbardziej popularnymi chorobami spotykanymi w tropikalnych regionach. W swojej pracy opierają się oni głównie na wytycznych przygotowanych przez Ministerstwo Zdrowia. Mają przede wszystkim wiedzę kliniczną, która znakomicie przekłada się na praktykę, więc pomagają pacjentom. Aby zostać lekarzem trzeba studiować 5 lat i odbyć roczny staż. Studia medyczne są bardzo drogie i nie do końca jasne są zasady przyjmowania na uczelnie (niestety Uganda to dość skorumpowany kraj).

Płaca lekarza jest dużo wyższa dlatego też nie każdy Ośrodek Zdrowia może sobie pozwolić na jego zatrudnienie.  Zdarza się że nawet w dużych szpitalach pracuje tylko kilku lekarzy. Współpraca z Clinical Officerami układała mi się bardzo dobrze (jak z resztą ze wszystkimi). Co mnie jednak zdziwiło - diagnozowanie pacjentów opierają przede wszystkim na przeprowadzonym z pacjentem wywiadzie i wynikach testów laboratoryjnych. Bardzo rzadko przeprowadzają badanie fizykalne. Prawie nigdy nie osłuchują pacjentów, a zapalenie płuc stwierdzane jest na podstawie raportu matki iż dziecko kaszle, nie mierzą pacjentom temperatury, badanie brzucha przeprowadzane jest tylko gdy badanie moczu nie potwierdziło zakażenia układu moczowego, a pacjent wskazuje inne miejsce niż żołądek (co jest od razu diagnozowane jako wrzody). Jeżeli tylko był czas starałam się oglądac pacjentów, osłuchiwać, badać palpacyjnie. Co w skutkach dawało iż oni sami przykładali do badania więcej uwagi. W Ugandzie po prostu leczy się wiele chorób „na wyrost”. Nie ma takiej dostępności do badania diagnostycznych. Bardzo się musiało zmienić moje myślenie na samym początku, bo przecież tu nie zrobię nawet prostych testów tak od razu. Aby wykonać zdjęcie rtg pacjent musiałby jechać do większego miasta, dla wielu jest to poza zasiegiem finansowym. Dlatego trzeba polegać na tym co można zbadać i leczyć przypuszczalną diagnozę.

W szpitaliku działało laboratorium, w którym przeprowadzano testy diagnostycze.  Najczęściej zlecanym badaniem był rozmaz kropli krwi w celu szukania pasożytów zarodźca malarii. Poza tym przeprowadzano testy w kierunku duru brzusznego , brucelozy, kiły. Wykonywano analizę moczu oraz stolca. Można było również zlecić poziom hemoglobiny i zrobić przesiewowy test w kierunku anemii sierpowatej. Badano plwocinę na obecność prątków gruźlicy, wykonywano również testy ciążowe i oczywiśce test w kierunku HIV.

Bardzo spawnie działa pomoc położnej, do której przychodziły kobiety w celu kontrolii przebiegu ciąży. Oprócz badania i przeprowadzeni testów laboratoryjnych otrzymywały profilaktykę przeciwmalaryczną oraz moskitierę. Położna była również odpowiedzialana za odbieranie porodów.

Rano dzień zaczynaliśmy obchodem pacjentów, którzy byli przyjęci na oddziały. Kontrolowaliśmy ich stan, ewentualnie modyfikowaliśmy leczenie, zlecaliśmy nowe badania diagnostyczne lub w wypadku poprawy stanu pacjent był wypisywany do domu. Następnie udawaliśmy się do gabinetu gdzie przyjmowaliśmy kolejnych pacjentów.  Trzeba zaznaczyć, że cały personel szpitala bardzo dobrze mówił po angielsku dlatego nie było problemów z komunikacją. Tak samo po angielsku prowadzona jest cała medyczna dokumentacja (karty dla pacjentów, karty pacjentów na oddziale, recepty i zalecenia, zlecenia badań laboratoryjnych). Przede wszystkim współpracowałam z clinical officerami. Zbieraliśmy wywiad, officer wszystko tłumaczył na angielski. Po zebraniu wywiadu zlecaliśmy badania laboratoryjne lub przeprowadzaliśmy badanie fizykalne. Clinical officerzy ku memu zdziwieniu badają pacjentów w bardzo ograniczonym stopniu. Czyli dzieci z gorączką właściwe od razu wysyła się na badanie krwi w kierunku malarii, u dorosłych badanie palpacyjne jamy brzusznej przeprowadza się gdy ból lokalizuje się w okolicy innej niż takiej, która mogłaby wskazywać na wrzód żołądka.
Antybiotyki przepisywano gdy u pacjenta występował kaszel, nawet niewielki. Clinical officerzy zdawali sprawę, że może i przepisują antybiotyki na infekcje wirusowe, ale tłumaczyli to, że ludzie oczekują, że otrzymają antybiotyk i jeśli go nie dostaną następnym razem nie przyjdą do lekarza. Większość pacjentów pojawiała się z objawami wskazującymi na malarię. W wielu diagnoza była potwierdzana i odpowiednie leczenie wdrażane. Część małych dzieci wymagała hospitalizacji na oddziale, zwłaszcza te, które wymiotowały lub nie chciały jeść albo miały bardzo wysoką gorączkę. Ponado często pacjenci pojawiali się z infekcjami dróg oddechowych lub moczowych, durem brzusznym, bólem zlokalizowanym w rzucie żołądka, brucelozą, mieliśmy do czynienia także z różnymi problemami skórnymi: grzybicą, świerzbem, egzemą, zakażeniami bakteryjnymi. Nie rzadkie były także urazy. Głównie komunikacyjne, o które nie trudno przy dużym natężeniu ruchu motocykli i pieszych na wąskich droga bez pobocza. Poszkodowani  wymagali opatrzenia ran lub ewentualnego ich szycia. Czasem przyprowadzano małe dzieci z różnymi nasionkami w uszach albo nosie. Mieliśmy do czynienia także z ropniami, które trzeba było opróżniać. Mieliśmy kilka przypadków dzieci z przełomem w anemii sierpowatej, który objawiał się bólem kończyn zupełnie uniemożliwiającym poruszanie się.  We wszystkich tych przypadkach staraliśmy pomóc się jak tylko było to możliwe. Niestety czasem zdrowotne problemy przekraczały możliwości naszego ośrodka i pacjenci byli kierowani do większego szpitala w celu przeprowadzenia bardziej zaawansowanych badań.

4 września 2011 razem z Siostrą Stephani i pielęgniarką Betty udałyśmy się z Ojcem Bogusławem do Kitandy, która jest najdalszą i najbiedniejszą stacją misyjną. Zamieszkiwana jest przez różne plemiona, co budzi to wiele konfliktów na tym terenie. Podczas gdy Ojcec Bogusław odprawiał mszę nasz zespół z Health Center działał! Ludzie uzyskali poradę lekarską, w razie skomplikowanych schorzeń poradzono im aby udali się do szpitala w celu przeprowadzenia podstawowych badań. Zaopatrzone byłyśmy w podstawowe leki, między innymi antybiotyki, więc jeżeli było to możliwe starałyśmy się pomóc. Wszystki obecne dzieci otrzymały tabletki przeciw pasożytom jelitowym oraz suplementację witaminą A.

Kakooge jest małą miejscowością położoną 100 km na północ od stolicy Ugandy – Kampali przy głównej drodze prowadzącej do Sudanu. Miejscowość niewielka, nawet jak na warunki Ugandyjskie. Społeczeństwo ubogie. Ludzie utrzymują się przede wszystkim z rolnictwa. Uprawiają małe poletka z kukurydzą, kasawą, ziemniakami,fasolą, owocami, to czego nie zjedzą sprzedają i to pozwala im na opłacenie szkoły dla dzieci, leczenia.  Ziemia jest żyzna, deszczu nie brakuje, dlatego ludzie nie cierpią głodu.  Właściwie wszędzie coś rośnie. Kakooge zaskoczyło mnie tym jakie jest zielone!

Jak w każdej ugandyjskiej miejscowości większość populacji stanowią dzieci. Przed południem przede wszystkim w szkołach, jednak popołudniami, w niedziele lub podczas wakacji widać ich wszędzie mnóstwo. Ugandyjski model rodziny to matka i przynajmniej 8 – 10 dzieci. Jeżeli jest ojciec to rodzina na prawdę ma szczęście. Niestety nie jest to zbyt częste gdyż wielożeństwo jest tutaj normą społeczną. Tatusiowie są tylko dumni z całych dziesiątek swoich dzieci, ale niestety nie zawsze idzie za tym troska o potomków. Z tego powodu, że dzieci jest w rodzinach dużo nie wszystkich stać na to, żeby wszystkie mogły chodzić do szkoły. UPE (Universal Primary Education)  – czyli powszechna podstawowa edukacja jest niestety na razie tylko mitem. Co prawda rządowe szkoły są bezpłatne, ale uczniowie muszą kupić mundurek, przybory szkolne, opłacić jedzenie. Nie wszystkich stać nawet na to. Nie mówiąc już o tym, że rządowe szkoły, często są w opłakanym stanie, a poziom edukacji bardzo niezadowalający. Nauczyciele często są bardzo słabo opłacani lub ich wypłaty są bardzo opóźniane co nie motywuje ich do pracy i rozwoju. Klasy są przeludnione, dzieci muszą siedzieć na podłodze, bo nie ma miejsca w ławkach. Myślę, że trudno się skupić i uczyć czegokoliwiek w takich warunkach. Z pomocą idą sponsorzy z programu adopcji na odległość, która prowadzą Ojcowie Franciszkanie.  Dzięki pomocy ludziom dobrej woli ponad 200 dzieci może się uczyć, otrzymać posiłek i  mieszkać w bardzo dobrych warunkach.

Nieodłącznym elementem kultury jest kuchnia. Podstawę jadłospisu Ugandyjczyków stanowi „poscho”, czyli mąka kukurydziana, która po ugotowaniu ma konsystencję małorozwodnionej kaszki manny. Poscho można zjeść z sosem i fasolką albo kurczakiem lub też po prostu cukrem. Potrawą, do której Ugandyjczycy są najbardziej przywiązani i którą jak mówili  mogli by jeść codziennie jest „matoke” Matoke wygląda zupełnie jak zielone banany, jednak są one twarde i wymagają ugotowania. Po obróbce termicznej stają się miękkie i mają konsystencję tłuczonych ziemniaków. I zupełnie nie smakują jak banany, gdyż w ogóle nie są słodkie. Słodkie za to są słodkie ziemniaki, czyli bataty. Miałam także okazję spróbować manioku czyli kasawy, która mogła być pieczona lub gotowana  stała się moim ulubionym daniem regionalnej kuchni. Oczywiście dostępność owoców była również inna niż u nas. Ananasy to z pewnością są najlepsze na świecie! Poza tym miałam okazje spróbować marakuję, jackfruity, chitaferi, papaję, mango i awokado z przyklasztornego ogrodu.

Dzięki uprzejmości Ojców miałam też okazje poznać Ugandę trochę szerzej i wyjechać poza granice Kakooge. Oprócz stolicy Kampali zwiedziłam inne poblisie szpitaliki, byłam w parku narodowym Murchison Falls, gdzie widziałam wiele gatunków afrykanskich zwierząt z krokodylami, lwami, żyrafami i słoniami na czele, widziałam początek Nilu w Jinji.

We wrześniu udało mi się również z Ojcem Bogusławem dotrzeć do Buluby, gdzie przez ponad 40 lat pracowała doktor Wanda Błeńska. Pojechaliśmy tam razem z Siostrą Jane z Jinji, która pracowała tam kiedyś. Bardzo dobrze, ze siostra pojechala z nami, gdyz oprowadzila nas po caly obiekcie, a co wiecej udalo nam sie spotkac doktora Josepha Kawumę, który z dr Błenska pracował! Byl jej wychowankiem, nazywala Go nawet swoim synem. Mowił, że bardzo dużo sie nauczył u jej boku. Teraz sam prowadzi kursy z opieki nad ludźmi trędowatymi, jest także krajowym konsultantem w dziedzinie trądu. W Bulubie znajduje sie 'Wanda Blenska Training Center'! tam właśnie odbywaja sie kursy dla lekarzy, clinical officerow, pielęgniarek z zakresu wiedzy o trądzie. Całe leprozorium zostalo przekształcone w szpital ogólny, gdyż ilość przypadków trądu spadała dość znacznie. Doktor Kawuma powiedział, że na początku przyjmowali z dr Bleńsą okolo 50 nowych przypadków dziennie, teraz jest okolo 50 rocznie.

Buluba jest jednak nadal referencyjnym ośrodkiem w sprawie leczenia trądu i gruźlicy dla Ugandy. Widzieliśmy pierwsze budynki szpitalne (gdzie teraz jest centrum szkoleniowe), a w miejscu gdzie umieszczono laboratorium znajdowal sie tzw.doctors office, czyli miejsce gdzie Pani Doktor Błeńska miała swoje gabinety, w których badała pacjentów, miala swoje laboratorium, gabinet okulistyczny, salę chirurgiczną, gabinet dentystyczny, gdzie spędzała czas od rana do wieczora przy chorych. Odwiedziliśmy takze miejsce w którym mieszkała. Domek położony niezmiernie malowniczo nad brzegiem jeziora Viktorii. Caly ośrodek położony jest nad brzegiem jeziora, co nadaje niezwykłego uroku temu miejscu. Spedzilismy tam pół dnia chodząc po alejkach bardzo rozległego ośrodka. Spotkaliśmy też pacjentow, których Doktor Błeńska leczyła. Było to wszystko dość niesamowitym przeżyciem!

W Ugandzie trafiłam do jeszcze jednego miejsa, które zrobiło na mnie ogromne wrażenie! W środku buszu w małej wiosce Nabjeja, niedaleko Masindi, w 1943 roku został wybudowany polski kościół, który stoi do dziś. Został on wybudowany przez Polaków, którzy w 1942 roku osiedlili się w Ugandzie. Otrzymali oni ziemię od Brytyjczyków. Były to przede wszystkim rodziny żołnierzy, którzy formowali Armię Andersa poza granicami naszego kraju. Osiedliło się tu 5 tysięcy naszych rodaków. Niesamowite jest to, że musieli przebyć tak długą drogę, żeby znaleźć kawałek spokojnej ziemi, na której niebyliby zagrożeni. Obóz funkcjonował 7 lat. Następnie Polacy udali się do różnych byłych brytyjskich kolonii: Stanów Zjednoczonych, Kanady, Australii, a także samej Wielkiej Brytanii. Przeglądając biblioteczkę w klasztorze w Kakooge natknęłam się na stare książki opieczętowane „biblioteka szkolna -  obóz Polonii w Masindi”.

Wszystko co miałam okazję zrobić i zobaczyć w Ugandzie było niesamowicie pozytywnym doświadczeniem. To jak odbierali mnie ludzie, to że mogłam pomóc im na tyle ile umiałam, to że miałam okazję również tyle się nauczyć. Jeżeli tylko będę miała okazję bardzo chciałabym tam wrócić.

 

 

Kinga Zastawna

- Namaste!!! Szeroki uśmiech Ojca Josepha przywitał mnie na peronie w Puri.

- Namaste! – Odpowiedziałam tak, jak witają się Hindusi i od razu poczułam się pewnie. Dotarłam do celu! Uśmiechnęłam się do siebie, mając za sobą 30 godzin jazdy pociągiem. W Polsce podróż nie do wyobrażenia, w Indiach codzienność!

Kraj wielki i piękny! Z nosem przy szybie w pociągowym przedziale mogłam podziwiać zielone soczyste pola ryżowe, plantacje palm kokosowych, kobiety kolorowe jak motyle, bose, radosne dzieci, mężczyzn przy pracy w polu. Wszystkiego chciałoby się dotknąć, jednak do tej pory dzieliła mnie od tego szyba pędzącego pociągu. A teraz jestem tutaj, przechodzę między ludźmi na dworcu kolejowym w Puri, wsiadam do samochodu i za parę chwil jestem już na terenie Misji.

Po posiłku, jeszcze tego samego dnia Ojciec Joseph zabrał mnie do domu i miejsca pracy Ojca Mariana Żelazka. To właśnie ten polski Misjonarz werbista przez ponad 30 lat służył trędowatym w Puri. 

Był ich ukochanym Ojcem, wspaniałym Bratem i najlepszym Przyjacielem. Codziennie odwiedzając ich domy, opatrując rany, wspierając w niedoli,  sprawił, że kochali go wszyscy! Podniósł na nogi tych, którzy żebrząc w okolicy świątyni Jaganath czekali na śmierć. Wyrzuceni z własnych domów, pozbawieni środków do życia, bez nadziei na lepsze jutro zostali pokochani przez „swojego Ojca”.

Po wizycie w domu poszliśmy do kaplicy Ojca Mariana, gdzie każdy z nas mógł się pomodlić.

Razem z Ojcem Josephem ustaliliśmy moje obowiązki i rodzaj wykonywanej pracy, która zaczęła się następnego dnia rano. Codziennie około godziny 8.00 wyruszałam do przychodni by po drodze mijać uśmiechnięte dzieci wędrujące do Szkoły Beatrix, wybudowanej przez Ojca Żelazka. Kilka minut później przechodziłam przez kolonię trędowatych witając się z tymi, których już po kilku dniach mojego pobytu w Puri mogłam nazwać przyjaciółmi. Z szeregowo budowanych domów w kolorze brudnego różu wybiegały te dzieci, które są jeszcze za małe, by pójść do szkoły. Te bardziej śmiałe prosiły, by robić im zdjęcia, mniej śmiałe – podchodziły do mnie z tyłu i dotykały moich rąk, jakby sprawdzając czy takie białe są prawdziwe.

Już pierwszego dnia, gdy razem z Ojcem Josephem przechodziłam przez Kolonię pewien starszy mężczyzna zaprosił mnie do domu. Poprosił mnie bym usiadła, a potem pokazał mi swojego wnuka – 8-letniego chłopca z niedowładem kończyn dolnych. Chłopiec siedząc na pupie odpychał się rączkami, pokonując w ten sposób niemałe odległości. Choć całkiem uparty, po kilku dniach dał się namówić na spacer – i tak trzymając go pod pachami na zmianę z dziadkiem, wędrowaliśmy naokoło małej hinduskiej świątyni położonej wewnątrz kolonii. Kroki chłopca wydawały się być coraz silniejsze i pewniejsze. We mnie szybko zapaliła się nadzieja – „Chłopiec będzie wkrótce samodzielnie chodził!” – chciałam oznajmić wszystkim tym, którzy z niemałą ciekawością przyglądali się nam przy naszych wspólnych spacerach. Niestety, po chwili radości przyszła pierwsza lekcja pokory. Chłopiec osłabł, spacery nie były już atrakcją, lecz przykrym obowiązkiem i później ciężko było mi go namówić nawet do zabawy. Tak naprawdę nie wiem, co było przyczyną takiego stanu dziecka. Wiem, że chłopiec nigdy nie chodził. Był też upośledzony umysłowo.

Jednym z naszych obserwatorów był 5 letni Prakash – chłopiec o rzęsach tak czarnych i długich o jakich marzy każda polska dziewczyna. Uwielbiał bawić się w wodzie! Wielokrotnie widziałam go, gdy przy ujęciu wody skakał w kałuży, tak, żeby woda rozpryskiwała się jak najdalej! Czasem nalewał wodę do wielkiej metalowej bali, wchodził do środka i kąpał się robiąc mnóstwo mydlanych bąbelków. Na początku bardzo się wstydził, ale później chętnie spoglądał w obiektyw aparatu i nie pozwolił mi przejść bez przywitania.

Pewnego razu podczas mojej codziennej pracy w przychodni zauważyłam, że przygląda mi się dziewczyna. Spojrzałam na nią, a ona natychmiast przywołała mnie ręką. „Chodź! Proszę chodź!” Wyglądała tak, jakby miała mi do przekazania największą tajemnicę. Nie zastanawiając się dłużej podeszłam do niej. „Mój tata jest chory.” – powiedziała płynnie po angielsku. „Czy przyjdziesz do nas z Ojcem Josephem?” Od pracowników przychodni dowiedziałam się, że ojciec dziewczynki faktycznie jest chory.

Poszliśmy więc z Ojcem Josephem do domu dziewczyny.  Mężczyzna w wieku 60 lat leżał na ziemi, okryty grubym kocem. Nad nim klęczał kilkunastoletni syn zmieniając okłady na czole, próbując zbić 40stopniową gorączkę. Dziewczyna spojrzała na mnie z nadzieją i łzami w oczach, choć oboje z Ojcem Josephem wiedzieliśmy, co wydarzy się w najbliższych godzinach. Tak się też stało. Mężczyzna zmarł tej samej nocy. Miał gruźlicę płuc, przechorował trąd i prawdopodobnie zmarł z powodu uogólnionego zakażenia. Prawdopodobnie, bo nie było możliwości, ani czasu na wykonanie badań. Wszystko potoczyło się bardzo szybko. Dziewczynka nie miała do mnie żalu. Dotknęła dłonią moich stóp i tą samą dłoń przyłożyła do swojego czoła i serca. To hinduski zwyczaj wyrażający szacunek.

Praca w przychodni polegała głównie na zmianie opatrunków. Rany na stopach osób chorych na trąd powstają przy codziennych czynnościach i nie goją się tak, jakbyśmy tego chcieli, nie jest więc zaskoczeniem to, że pacjenci znają swoje rany żyjąc z nimi 30, a czasem 40 lat.

Tak wdzięcznych ludzi nie spotkałam jeszcze nigdzie. Spragnieni ciepłego dotyku dziękowali za każdy zmieniony bandaż. Tak jak córka zmarłego mężczyzny dotykali moich stóp, okazując szacunek.

- Cześć! – krzyknęłam. Maluch spojrzał na mnie z zaciekawieniem, ale z zachowaniem dystansu. Uśmiechnął się do zdjęcia, a potem szybko schował rączki za siebie.

- Co tam masz? – Zachęcałam chłopca, by pokazał co trzyma w rączkach.

Większość dzieci wyciągała ręce, chętnie witając się i pokazując zabawki.

- Pokaż, proszę…

W końcu Malec pokazał ręce.

- Świerzb. Z całą pewnością – powiedział starszy kolega, lekarz z Polski pracujący jako wolontariusz w Ośrodku Rehabilitacji Trędowatych Jeevodaya (w pobliżu miasta Rajpur, około 800km od Puri), który przyjechał odwiedzić Misję Ojca Mariana.

W takiej sytuacji konieczne było dokładne zbadanie całej rodziny. Faktycznie, 4 siostry chłopca również chorowały. Jeszcze tego samego dnia wieczorem rozpoczęliśmy leczenie. Chłopiec, pokazując siostrom jak zachowuje się prawdziwy mężczyzna pierwszy pozwolił wetrzeć w siebie lek. Potem dziewczynki. Najstarsza, jako młoda panienka obiecała zastosować się do zaleceń sama, 6letnia Sabita i 3 letnia Priyanka pozwoliły bym zrobiła to ja, a najmłodsza

Najmłodsza to 7 miesięczne niemowlę. Pratyasha. Wzięłam ją na ręce i kilka razy, niedowierzając pytałam ile ma miesięcy. 7? To niemożliwe! Dziecko prawie nie otwierało oczu, leżało na wznak, nóżki mając nietypowo jak na niemowlę wyprostowane i wiotkie. Dziewczynka nie płakała, gdy sprawdzałam czy ma już ząbki, nie płakała też, gdy bezskutecznie próbowałam ją posadzić, nie chwytała moich palców i nie zaciskała piąstek. Poprosiłam Ojca Josepha aby wysłał ją do pediatry. Nic z tego. Matka zabrała dziecko, twierdząc, że pediatry nie potrzebuje i zaniosła Maleństwo do magika, twierdząc, że tylko on może im pomóc.

- Nic nie możesz zrobić – powiedział Rabi, para-medyk pracujący w  przychodni od wielu lat, widząc mój żal.

 

- Ale nie martw się, ona przyjdzie, zobaczysz.

Tak też się stało. Kobieta przyniosła maleńką Pratyashę, Rabi zabrał ją i jej matkę do pediatry, a Ojciec Joseph zadbał, by wszystkie zalecenia lekarza były zastosowane. Zakupił leki i jedzenie dla dziewczynki i ku mojej wielkiej radości, Maleństwo miało się coraz lepiej. Ostatniego dnia przed moim wyjazdem z Puri poszłam pożegnać się z najmłodszą pacjentką. Spojrzała na mnie żywo pięknymi czarnymi oczami, zapłakała całkiem głośno i mimo, że wciąż nie potrafiła siedzieć, to była znacznie silniejsza i bardzo ruchliwa.

W przychodni znajduje się mikroskop, dzięki czemu mogłam oglądać preparaty i oceniać po kątem pasożytów układu pokarmowego. Pewnego dnia oglądając preparat usłyszałam jak dziewczynka w szkolnym mundurku woła mnie po imieniu. Wstałam, wyszłam z pokoju, w którym znajdował się mikroskop i zobaczyłam, że przed drzwiami stoi zatroskany ojciec dziewczynki. Jeden z para medyków szybko wytłumaczył o co chodzi. Sarojeeni, najlepsza uczennica w szkole usiadła na ławce w przychodni, podniosła nogawkę i pokazała mi ogromną ranę.

- Od kiedy masz taką ranę? – zapytałam.

- Od 3 tygodni… - odpowiedziała nieśmiale.

- Dlaczego nie przyszłaś do mnie wcześniej?

Dziewczynka spuściła głowę. Prawdopodobnie  bojąc się, że może być to trąd ukrywała ranę przed rodzicami. Trąd w Indiach jest wyrokiem. Osoby chore, często wraz z rodzinami muszą opuścić swoje miasta i społeczności, by zamieszkać na terenie kolonii. Sarojeeni nie pochodziła z rodziny trędowatych. Ale ze zdiagnozowanym trądem wraz z całą rodziną musiałaby przenieść się do Kolonii. Rana na nodze nie była jednak raną trądową. Po kilku tygodniach dziewczynka wróciła do zdrowia.

Dwa razy w tygodniu do przychodni przychodzi lekarz. Pacjenci z całej kolonii czekając na swoją wizytę siedzą na korytarzu. Chodząc między salą opatrunkową, szpitalną apteką i gabinetem lekarza poczułam, że ktoś złapał mnie za rękę.

- Masz dłonie jak laleczka! Proszę potrzymaj mnie chwilę za rękę. – Powiedziała  kobieta w wieku 60 lat. Na imię miała Yamuna. (Yamuna to nazwa rzeki w hinduizmie uważanej za świętą). Na jej twarzy wiele cech zdradzało, że chorowała na trąd. Chorowała w przeszłości, i choruje teraz. Po wielu latach od wyleczenia trąd znów zaatakował. Jest jedną z 12 osób, które aktualnie przyjmuje leki z powodu trądu. 

W Indiach trąd trwa do końca życia. Raz zarażony trędowatym pozostanie do końca swoich dni, mimo, iż przy pomocy antybiotyków choroba ta jest całkowicie wyleczalna! Kobieta jest słaba, doskonale wie, że nie zostało jej wiele dni. Pewnego dnia powiedziała mi, że czeka na dzień, gdy wpłynie do wielkiego oceanu zwanego Niebem i spotka tam Ojca. Nie musiała mówić o kogo chodzi. To przecież oczywiste. Każdy w kolonii tęskni za Ojcem Marianem. Każdy wspomina go ze łzami w oczach. To On pokochał ich, jak kocha się własne dzieci. Pokochał trędowatych.

„Trędowaci są naszymi przyjaciółmi” – głosi tablica powieszona na drzewie w Ogrodzie Nadziei. To słowa Ojca Żelazka. W minione wakacje mogłam doświadczyć przyjaźni, o której mówił Ojciec. W minione wakacje byłam w miejscu, gdzie pracował ten Wielki Polak. W minione wakacje uczestniczyłam w najlepszej lekcji medycyne i pokory jednocześnie. Dziękuję wszystkim tym, dzięki którym mój wyjazd do Indii mógł zostać zrealizowany.

 

 

Strona 17 z 17