Ewelina Walkowiak, Kenia

Karibu Duniani! Witaj na świecie!

Wyznania położnej z Czarnego Lądu

Misja Kenia II

22 września- 23 grudnia 2015

 

Po dwu miesięcznym urlopie na polskiej ziemi, spakowałam 46kg opatrunków, leków, ubranek dla dzieci i 22 września 2015 roku poleciałam do miejsca w którym pracowałam wcześniej 6 miesięcy. Tak szybki powrót do Afryki był możliwy dzięki programowi Wolontariat Polska pomoc 2015 oraz Fundacji pomocy Humanitarnej Redemptoris Missio. Na równiku czekało na mnie moje łóżko, ciuchy, skorpion Stefan, Mućka, wspólnota Sióstr Misjonarek Świętej Rodziny a przede wszystkim znajome pacjentki i ich dzieci. Kithatu- małą wioskę w której znajduje się przychodnia Siostry Dariany Jasińskiej znałam jak własną kieszeń. Razem z wolontariuszem Arturem Chmielewskim, dzięki pomocy Sympatyków Fundacji Pomocy Humanitarnej Redemptoris Missio podczas poprzedniej misji, założyliśmy oddział położniczy oraz usprawniliśmy działanie ośrodka.

Pomyślałam, super! Miejsce, które kocham, personel, który tworzy  zgrany zespół- cóż może mnie jeszcze zaskoczyć! Z wielką dozą pewności w sercu przemierzałam ulice Nairobi udając się na autobus jadący do Meru- miasta, które łączy Kithatu z cywilizacją. Uśmiechałam się jak szaleniec do mijanych w rytmach kenijskiego reggae pól ryżowych, plantacji herbaty i kobiet sprzedających kiście bananów. Z dziką radością zaczęłam targować się z jedną ze sprzedawczyń owoców, czując, że to właśnie tutaj- tutaj jest mój dom. Z wywalczoną siatką mango wkroczyłam na misję Sióstr. Najwyższy Szczyt Kenii- Mt Kenya przywitał mnie przyjacielskim mrugnięciem. Odpowiedziałam tym samym i wyściskałam wszystkich, którzy stanęli na mej drodze.

 Już następnego dnia wkroczyłam do przychodni Divine Mercy Dispensary. Moja obecność nie była zaskoczeniem dla pacjentów. Większość z nich dobrze mnie znała. Wielu słało uściski i radosne okrzyki. W ośrodku pracowałam codziennie od 8:30 do 17:30. Położna, pielęgniarka, laborant czy jakikolwiek inny medyk w tropiku zajmuje się wszystkim co tylko jest potrzebne. Zatem położna przyjmuje pacjentów na oddział, kontroluje stan ogólny pacjenta, przepisuje leki, zaopatruje rany chirurgicznie oraz zajmuje się kobietą ciężarną i jej dziećmi. W tym projekcie pragnęłam skupić się właśnie na tej grupie- dlatego postanowiłam zająć się edukacją pacjentek na szkole rodzenia. Ponieważ Afryka rządzi się własnymi prawami, spotkania nie odbywały się regularnie. Wykłady dla ciężarnych trzeba było dostosowywać do ich codziennego rytmu: pory zbioru warzyw i owoców, pór przygotowywania posiłków i sytuacji w ośrodku zdrowia. Dzięki szkole rodzenia w przychodni pojawiało się coraz więcej pacjentek- a w szczególności młodych, niedoświadczonych matek we wczesnych tygodniach ciąży. Ponieważ nie mamy sali operacyjnej, skomplikowane przypadki okołoporodowe często przewoziłyśmy do najbliższego szpitala rządowego oddalonego od naszej wioski ok 45minut-1h drogi. Transport rodzącej szkolnym busikiem, szczególnie w drugim okresie porodu, nocą, w porze deszczowej, po dziurawej drodze stwarzał nam często spore kłopoty. Porody Fizjologiczne odbywały się na naszej sali porodowej pod okiem S Irine i moim. Kenijki podczas akcji porodowej przyjmuje różnorodne pozycje od stojącej po leżącą. Jedna rodzą w ciszy, inne wykrzykują w Kimeru: „Anja Murungu! Bwana Jesu!”- próbując oddać Bogu każdy skurcz porodowy ;) W większości przypadków rodzą sprawnie i bez większego instruktażu z naszej strony. W Kenii istnieje nie wiele regulacji prawnych dotyczących porodu- szczególnie w buszu. Mimo, że możliwość wydania dziecka na świat w szpitalu rządowym z zasady jest darmowa, w rzeczywistości kobiety płacą horrendalne sumy. W związku z tym spory odsetek kobiet wciąż rodzi w domach, kompletnie nieprzygotowanych pod względem epidemiologicznym. Dzięki sponsorom z Włoch i Polski, Siostry misjonarki udzielają opieki okołoporodowej na wysokim poziomie za darmo.

W przychodni  pracują dwie Siostry Kenijki- pielęgniarki, emerytowana pielęgniarka Esther, Rebecka- sekretarka oraz Mahaio- laborant medyczny. Praca przebiegała sprawnie i bez problemów do momentu śmierci jednego z noworodków. Moment ten zatrzymał dobrze naoliwioną karuzelę i przypomniał nam, że są rzeczy na które nie mamy wpływu. Narodziny nowego człowieka są momentem kiedy życie ,śmierć, magia tajemnica tańczą razem w afrykańskim rytmie. Pacjenci przychodzili do przychodni głównie z powodu malarii, duru brzusznego, ran ciętych, amebiozy, grzybic skórnych, chorób wenerycznych, gruźlicy, ran septycznych. Ze względu na porodówkę otwartą całą dobę zdarzało się nam pełnić dyżury 24h-48 godzinne.  Dzięki środkom projektowym zakupiłam analizator krwi, który pozwala na szerszą diagnostykę naszych pacjentów. W przeciągu 3 miesięcy przebadaliśmy ponad 1500 pacjentów, zaszczepiliśmy około 900 dzieci, przeprowadziliśmy osiem lekcji edukacyjnych dla dzieci, młodzieży i dorosłych, przebadaliśmy blisko 80 kobiet ciężarnych, założyliśmy setki opatrunków. Przyjęliśmy szczęśliwie 8 porodów. Czy coś zdążyło mnie zatem zaskoczyć? Oczywiście! Jadąc do Afryki dobrze jest mieć ramowy plan działania- ale nie ma co przesadzać! To my musimy dostosować się do nich a nie oni do nas ;) Afryka zaskakuje- za każdym razem na nowo i jeszcze bardziej!

Przy tej okazji pragnę z całego serca podziękować Fundacji Pomocy Humanitarnej Redemptoris Missio. Dziękuję za niezwykłe zaufanie i niesamowite możliwości jakie dajecie nam, wolontariuszom. Osobiście, dziękuję za ukazanie mi drogi życiowej! Ministerstwu Spraw Zagranicznych ogromne podziękowania za wsparcie finansowe i organizacyjne. Wszystkim wolontariuszom za nieustanne wsparcie,Wandzie Błeńskiej za świadectwo życia, pacjentkom za niezwykłe chwile, Siostrze Darianie za stworzenie rodzinnej atmosfery oraz Bogu Najwyższemu za dar narodzin - DZIĘKI!

 

Ewelina Walkowiak i Artur Chmielewski

„Muzungu, muzungu daktari”słychać wołanie z każdego afrykańskiego kąta w buszu. Odwracamy się z uśmiechem by powitać kolejnego pacjenta w naszym Divine Mercy Dispensary. Choć żadne z nas nie skończyło 6 lat studiów medycznych dla kenijczyków byliśmy, jesteśmy i zawsze będziemy białymi doktorami...

A wszystko rozpoczęło się 4 października 2014 roku, kiedy to jako wolontariusze Fundacji Pomocy Humanitarnej Redemptoris Missio po raz pierwszy postawiliśmy stopę na kenijskim równiku. Kenia należy do najbardziej zróżnicowanych językowo i kulturalnie krajów Afryki. Żyje tu około 30 grup plemiennych posługujących się innymi językami, przy czym u niektórych plemion występują różnice dialektowe, stąd mówi się o istnieniu około 44 języków. Co prawda językami urzędowymi są: angielski i suahili, jednak wystarczy wyjechać poza tereny dużych miast, a szybko okaże się, że jedyną formą porozumiewania się z miejscową ludnością są gesty i mowa ciała.

Misja Sióstr Św. Rodziny znajduje się około 5h drogi od stolicy kraju Nairobi. Przyklejamy nosy do szyb i pochłaniamy każdy obraz z osobna. Droga wije się wśród pagórków porośniętych kawą, herbatą i bananowcami. Soczysta zieleń pięknie odbija czerwień laterytowej ziemi, a pobocze razi przeróżnymi kolorami szkolnych mundurków. (Od roku 2002, kiedy to rząd wprowadził darmową podstawową edukację widok dzieci, zmierzających – często kilometrami – ze szkoły do domu jest codziennością.) Kolorowe dzieci mieszają się z jeszcze bardziej z barwnymi straganami z papajami, awokado i niezliczona ilością bananów. Kithatu, wioska w której mieszkamy znajduje się nieopodal najwyższego szczytu Kenii- Mount Kenia 5199 m n.p.m. Mieszkańcy wioski trudnią się głównie rolnictwem i uprawą bydła. Mieszkaliśmy u Sióstr Misjonarek Św. Rodziny, których matką przełożoną jest Polka- Siostra Dariana Jasińska. Niesamowita misjonarka, która wcześniej pracowała w Zambii a obecnie kieruje misją w Kithatu. Siostra Dariana z wykształcenia jest pielęgniarką, jednak na miejscu zajmuje się dosłownie wszystkim. Siostry prowadzą żłobek, przedszkole oraz szkołę podstawową. Pracę z dziećmi zaczynały we własnej kuchni, gotując na ognisku w jednym garnku, obecnie pod ich opieką pozostaje blisko 315 dzieci. Zewsząd na misji roznosi się radosny śmiech szczęśliwych dzieci. Siostry stworzyły dla nich prawdziwy azyl, w którym choć na parę godzin mogą cieszyć się prawdziwym dzieciństwem. Opuszczając mury misji wracają do smutnej rzeczywistości obarczonej odpowiedzialnością i często zbyt szybkim dojrzewaniem. Poza tym na misji znajduje się przychodnia zdrowia- miejsce w którym spędzaliśmy najwięcej czasu. Pracowaliśmy w zespole 7 osobowym w skład którego wchodzą dwie Siostry zakonne, będące pielęgniarkami- S. Irine oraz S. Leah, miejscowa pielęgniarka Ester, rejestratorka medyczna Rebeka, laborant Madhado oraz my Artur ratownik medyczny, pielęgniarz oraz Ja  Ewelina położna. Pewnie wielu z Was zapyta: a gdzie lekarz? Jak w licznych miejscach w Afryce, tak też i w Kenii obserwuje się niedobór kadr medycznych. Dlatego, pracujące w przychodni Siostry pełnią funkcję lekarza pierwszego kontaktu, pediatry, ginekologa oraz chirurga. Przeprowadzają wywiad z pacjentem, kierują na badania, wykonują przeróżne interwencje medyczne oraz przepisują leki. Pracowaliśmy od poniedziałku do piątku od 8:00 do 17:00, w soboty od 8:00 do 13:00. Nasi pacjenci cierpieli zwykle z powodu malarii, ameby, tyfusu plamistego, licznych parazytoz przewodu pokarmowego,gruźlicy, pcheł pustynnych wywiercających dziury w stopach, infekcji uszu oraz trudno gojących się w afrykańskich warunkach ran. Niestety, wielu pacjentów nie zna języka suahilli, dlatego też zmuszeni byliśmy zaznajomić się z językiem lokalnym. Używają tutaj języka Kimeru, który jest charakterystyczny dla mieszkańców okolicznych wiosek. Głównym wrogiem z którym prowadziliśmy regularną wojnę był krwiożerczy zarodziec malarii- plasmodium falciparum. W porze deszczowej okres wylęgania komara ulega przyspieszeniu przez co liczba zarażonych komarów jest zatrważająca. Codziennie do przychodni trafiało kilkunastu pacjentów z wysoką parazytemią. W przypadku nieskomplikowanej malarii zazwyczaj wysyłaliśmy pacjentów do domu z moskitierą, zapleczem leków antymalarycznych, przeciwbólowych i przeciwgorączkowych. Zdarzało się jednak tak, że gorączka szczególnie u dzieci była zbyt wysoka i trudna do zbicia. Wtedy nasza mała przychodnia zmieniała się w mały szpital a pacjenci leżeli wszędzie tam gdzie tylko znajdowaliśmy dla nich miejsce. Parę razy zorganizowaliśmy również akcję wyjazdowe do tych pacjentów, którzy z jakiś powodów nie byli w stanie do nas dotrzeć. Jedna z nich odbyła się w ramach programu „Kick Polio Out of Africa”. W Afryce wciąż spotyka się dzieci cierpiące na ostre nagminne porażenie dziecięce wywołane przez wirusa polio, postanowiono wprowadzić program eradykacji tego wirusa. Założenia WHO, UNICEFU, UE oraz Kenijskiego czerwonego krzyża są takie, iż w 2018 problem wirusa polio nie będzie już dotyczył Kenii. Innym razem na miejsce pracy zaadaptowaliśmy pobliski kościół, w którym to zbudowaliśmy prowizoryczną klinikę. W Polsce urząd BHP, oraz sanepid nie wydałby pozwolenia na działalność medyczną w takim miejscu. Ale tu nic nie jest takie jak w Polsce czy w Europie. Więc aby cokolwiek zrozumieć, trzeba zmienić sposób myślenia. Wyłączyć europejskie pojmowanie świata. W takich sytuacjach medycyna staje się instynktowna, musisz polegać wyłącznie na własnych zmysłach i połączyć wszystko w jedną spójną całość. W każdy poniedziałek, środę oraz piątek przyjmowaliśmy matki z dziećmi na wizyty patronażowe i szczepienia. Zazwyczaj staramy się działać według wcześniej zaplanowanych schematów jednak zdarzało się również tak, że sytuacja w naszej przychodni zmienia się w przeciągu sekundy, dlatego musimy być przygotowani na wszystko. Jednym z naszych działań priorytetowych była pomoc Siostrom w otwarciu porodówki. Wiele kobiet w wiosce wciąż rodzi we własnych domach, nic w tym dziwnego, z tym, że niestety nie przestrzegają podstawowych zasad higienicznych, często doprowadzając do ciężkich infekcji u nowo narodzonych dzieci. Prace na oddziale porodowym zakońćzyliśmy w grudniu, chwilę poźniej udało nam się zakupić również niezbędny sprzęt. Aktualnie pozostało nam tylko pozamykać parę spraw formalnych w tym jedną z najważniejszych- uzyskać dofinansowanie dla wszystkich rodzących kobiet, by te nie musiały płacić za coś, co im się zwyczajnie należy. Podcasz naszego pobytu w przychodni urodziła się 6 maluchów. Ze względu na brak nadzoru medycznego nad kobietami ciężarnymi, każdy poród okazuje się być wielkim znakiem zapytania. Kobiety badamy przy pomocą dłoni, wsłuchując się w ich ciała. Przbieg porodu w warunkach afrykańskich różni się diametralnie od tych, które mieliśmy okazję obsrewować na studiach. Nasze pacjentki praktycznie aż do ostatniej chwili spacerują pomiędzy bananami lub zwyczajnie pracują sprzedając owoce. Przychodzą często w ostatniej chwili, nie dając po sobie poznać krzty bólu. Niestety, wielokrotnie byliśmy świadkami porodów skomplikowanych oraz śmierci matki po porodzie. Z dnia na dzień do naszej przychodni zaglądało coraz więcej pacjentów. Przychodzili by uścisnąć nam dłoń czasami nawet kilkadziesiąt kilometrów. Każdego dnia staraliśmy się odpowiadać na wszystkie ich potrzeby,  a Ci odwdzięczali się szerokim uśmiechem i radością w oczach. Wielokrotnie po udanym leczeniu otrzymywaliśmy siatki przepełnione mango, papajami a raz nawet żywą kurę!

Ze względu na szalenie uciekający czas oraz surowe zasady emigracyjne, po sześciu miesiącach zmuszeni byliśmy opuścić nasze miejsce pracy. W związku z tym udaliśmy się do pobliskiej Zambii, gdzie Siostry Misjonarki Św. Rodziny prowadzą hospicjum. Miejsce to jest o tyle wyjątkowe, że w jednym miejscu łączy życie i śmierć. W Cheschire Homes mieszkają chłopcy ulicy oraz cierpiący z powodu nowotrorów, HIV, osamotnienia, niepełnosprawni staruszkowie. Kiedy dotarliśmy na miejsce, okazało się, iż na miejscu nie pracuje żaden medyk a pacjenci przyjmują tony leków! Zatem przez dwa miesiące pełniliśmy opiekę medyczną nad mieszkańcami domu ale również wykonywaliśmy wszystko co tylko było potrzebne. W miejscu w którym spodziewaliśmy się bólu, łez i nieustannego cierpienia, odnaleźliśmy młodość, spontaniczność, siłę ducha i prawdziwą miłość. W dzień naszego wyjazdu byliśmy świadkami ślubu dwóch naszych podopiecznych Ba Shaibu oraz Ba Lilian. Wspomnianą dwójkę łączy nie tylko prawdziwe uczucie ale również to, że razem umierają na nowotwory złośliwe. Jak widać na miłość nigdy nie jest za późno!

Afryka uzależnia...i to tak mocno, że w połowie września dzięki Fundacji Redemptoris Missio oraz konkursowi Wolontariat Polska Pomoc 2015 wyjeżdżam po raz trzeci na afrykańską ziemię. Tym razem kontynuujemy działania związane z otwarciem porodówki w małej wiosce w Kenii. W tym miejscu chcielibyśmy podziękować wszystkim tym, którzy przyczynili się do tego, że mieliśmy szansę pomagać przez blisko 9 miesięcy na równiku! Wszystkim tym, którzy pomogli i również stali przez to misjonarzami bardzo dziękujemy w imieniu naszych pacjentów! Szczególne podziękowania kierujemy również dla tych wszystkich, którzy biorą udział w akcji „Opatrunek na ratunek”. Mieliśmy to szczęście, że trafiło do nas 6 paczek pełnych bandaży i opasek elastycznych. Tutejsze materiały opatrunkowe nie sprawdzają się w gorącym, suchym klimacie, powodując więcej odparzeń i szkód. Bardzo dziękujemy za podarowane bandaże, które poprawiają jakość życia naszych pacjentów!

 

Bardzo dziękujemy za otwarte serca!

Przesyłają Ewelina Walkowiak i Artur Chmielewski