Krzysztof Abramczyk

Satysfakcja, którą trudno porównać z czymkolwiek innym

Nazywam się Krzysztof Abramczyk i jestem stomatologiem z Polski. Pewnego dnia w przerwie pomiędzy kolejnym pacjentami sięgnąłem po czasopismo stomatologiczne i przeczytałem o polskich dentystach, wolontariuszach Fundacji „Redemptoris Missio, którzy leczą pacjentów w najdalszych zakątkach świata. Pomyślałem wtedy, że też chciałbym pracować w ten sposób i skontaktowałem się z Fundacją. Potem wszystko potoczyło się już bardzo szybko i po odpowiednim przygotowaniu wylądowałem w Zambii. Miejscem mojej pracy przez większość wyjazdu było Ching’ombe- misja położona w przepięknej, otoczonej górami dolinie Luano. Teren zamieszkuje około 2000 osób. Moimi pacjentami byli nie tylko mieszkańcy Chingombe. Pacjenci przebywali kilkadziesiąt kilometrów pieszo by ulżyć sobie w cierpieniu i uzyskać pomoc. Moi pacjenci żyją zazwyczaj bez dostępu do prądu i bieżącej wody, żywią się tylko tym co sami wyhodują. Ich życie jest bardzo trudne, a jeśli zaczynają ich boleć zęby może się zmienić w prawdziwy koszmar. Dojazd do najbliższego miasta, zajmuje około 8 godzin i prowadzi przez 200 km nieutwardzonej, górskiej drogi. Niewielu z nich stać na taką podróż, a co dopiero na wizytę u przyjmującego w mieście dentysty.

Stworzenie w  Chingombe gabinetu stomatologicznego było dla tutejszej ludności prawdziwym zbawieniem. Wraz z Ministerstwem Spraw Zagranicznych Fundacja ”Redemptoris Missio”wyposażyła od podstawgabinet, który jak na tutejsze warunki jest bardzo nowoczesny. Aby dotrzeć do jak największej liczby pacjentów przyjmowałem nie tylko w gabinecie, lecz także w trakcie „klinik wyjazdowych”. Pakowałem do samochodu cały potrzebny sprzęt i wraz z misjonarzem księdzem Wojtkiem Łapczyńskim jechaliśmy do wiosek. Warunki sanitarne niestety odbiegały od tych, które były w Chingombe. Część wiosek nie dysponowała nawet pomieszczeniem nadającym się do adaptacji na gabinet stomatologiczny, więc przyjmowałem pacjentów na dworze, a za asystor służył mi samochód. Zajeżdżaliśmy do wioski, ustawialiśmy pod drzewem fotel, na pace auta miałem wszystkie narzędzia i przyjmowałem kolejno każdego, kto skarżył się na ból zęba. W tych skromnych warunkach pomogliśmy wielu ludziom, których ból wykluczał z codziennego życia. Wreszcie mogli wrócić do pracy i zacząć prowadzić normalne życie.

Choć nam w Europie wydaje się to nie do pomyślenia  większość spośród tutejszych pacjentów nigdy nie miała w ręku szczoteczki do zębów!  Dieta jest bardzo monotonna i składa się głównie z nsimy, czyli papki robionej z mąki kukurydzianej. To są niestety przyczyny złego stan zdrowia zębów tubylców.  Duży nacisk położyliśmy na działania profilaktyczne. Dzięki szczoteczkom zebranym w Fundacji w ramach akcji „Kup Pan szczotkę” mogliśmy kilkakrotnie zorganizować akcje instruktażowe dla dzieci.  Naszym celem było zapewnienie swobodnego dostępu do tych artykułów. Po moim wyjeździe, dzieci, które regularnie będą dbały o higienę jamy ustnej, nadal będą otrzymywały darmowe szczoteczki. Jest to szczególnie ważne, ponieważ lokalne rodziny nie mogą sobie pozwolić na taki zakup. Zwykła szczoteczka do zębów, która dla nas jest produktem pierwszej potrzeby - tam jest towarem luksusowym, na który mogą pozwolić sobie tylko bardziej majętni.

 Poza akcjami profilaktycznymi dużo uwagi poświęciłem edukacji lokalnego personelu w zakresie zabiegów takich jak fluoryzacja, czy scaling.  Chciałbym, aby wyszkolone przeze mnie osoby zadbały o tutejszych mieszkańców, aby jak najdłużej mogli się cieszyć zdrowym uśmiechem. Mam nadzieję, że znajdą się też koleni dentyści, którzy mogliby kontynuować pracę w tutejszym gabinecie, mnie przyniosła ona satysfakcję i radość, którą trudno porównać z czymkolwiek innym.

Dentysta w Afryce

Krzysztof Abramczyk

Wolontariusz Fundacji „Redemptoris Missio”

 
 

Karolina Wilczyńska i Bartosz Mroczek

15 października 2018 roku wraz z Karoliną Wilczyńską wyruszyliśmy na naszą pierwszą w życiu misję medyczną. Po prawie 12 godzinach podróży dotarliśmy do Kigali – stolicy Rwandy. Z lotniska odebrała nas siostra Scholastica ze Zgromadzenia Sióstr Świętej Rodziny z Bordeaux. Siostra pomogła nam kupić karty do telefonu oraz wymienić pieniądze w kantorze. Razem wyruszyliśmy prosto do Rushaków, gdzie mieliśmy spędzić kolejne dwa miesiące. Niewiele pamiętamy z tej drogi. Byliśmy tak zmęczeni, że po chwili już spaliśmy. Obudziliśmy się dopiero na miejscu, okazało się, że przez pierwsze 2 tygodnie będziemy mieszkać na parafii w Rushakach. Rozpakowaliśmy tylko najpotrzebniejsze rzeczy, rozłożyliśmy moskitiery nad łóżkami i poszliśmy spać. W naszych pokojach nie było wody. Księża zapewniali nas, że następnego dnia od rana pod naszymi drzwiami będą czekały kanistry z gorącą wodą. Tak rzeczywiście było. Po orzeźwiającej kąpieli i smacznym śniadaniu udaliśmy się wraz z siostrą Scholasticą na spacer po okolicy. Naszym głównym celem było zobaczenie ośrodka zdrowia oraz zapoznanie się z personelem. Ośrodek zdrowia w Rushakach składał się z kilku części. Były to – gabinety konsultacyjne, porodówka, punkt szczepień, laboratorium, farmacja oraz sala opatrunkowa. Okazało się, że 4 osoby pracujące w ośrodku mówią płynnie po angielsku. To z nimi mieliśmy głównie współpracować przez najbliższe 2 miesiące. Warunki pracy w ośrodku były bardzo skromne. W kolejnych dniach przekonaliśmy się, jak wielu rzeczy brakuje. W ośrodku nie było aparatu do EKG, USG, RTG, diagnostyka opierała się przede wszystkim na badaniu przedmiotowym oraz na badaniach laboratoryjnych. Dużym problemem ośrodka był brak lekarza na miejscu. W Rushakach przyjmowali tylko pielęgniarze oraz położne. Niestety nie mieli oni wielu uprawnień i np. po rozpoznaniu u pacjenta nadciśnienia tętniczego nie mogli włączyć żadnych leków. Taki pacjent musiał jechać na konsultację lekarską do najbliższego szpitala w Byumbie. W ośrodku można było jedynie kontynuować wprowadzoną przez lekarza terapię. Wielu pacjentów nie było jednak stać na wyjazd do Byumby i dlatego nie mogli rozpocząć leczenia.

Ja początkowo pracowałem przede wszystkim w gabinecie konsultacyjnym natomiast Karolina na porodówce. Na konsultacje codziennie przychodziło kilkadziesiąt pacjentów. Najtrudniejsze było to, że pacjenci mówili w języku kinyarwanda. Jedynie młodzież uczęszczająca do szkoły średniej oraz nauczyciele porozumiewali się po angielsku. Dokumentacja medyczna była prowadzona głównie w języku francuskim.

Większość pacjentów zgłaszała się z bólami brzucha oraz świądem skóry, a także z objawami przeziębienia, zmianami skórnymi, bólami głowy, bólami kostno-stawowymi, zapaleniem spojówek. Codziennie też przychodziło  mnóstwo pacjentów do gabinetu opatrunkowego, w którym niczego nie brakowało dzięki paczkom wysyłanym z Fundacji.

Praca na porodówce była szczególnie trudna. W ośrodku nie było aparatu do USG prenatalnego. Badanie ciężarnych ograniczało się do oceny podstawowych parametrów. Położenie płodu ocenialiśmy za pomocą chwytów Leopolda. W przypadku braku postępu porodu wysyłaliśmy rodzącą do szpitala w Byumbie. Ośrodek dysponował na szczęście własnym ambulansem. Droga do szpitala była jednak długa i bardzo uciążliwa.  Raz po porodzie doszło do silnego krwotoku z dróg rodnych. Pacjentka była w bardzo ciężkim stanie a nasze możliwości w ośrodku były jednak mocno ograniczone. Podjęliśmy decyzję o transporcie do Byumby. Na szczęście następnego dnia otrzymaliśmy dobre wieści ze szpitala – pacjentka przeżyła i miała się już dobrze. Innym razem do ośrodka trafił pacjent, który doznał wstrząsu anafilaktycznego po zjedzeniu obiadu w restauracji. Stan pacjenta był ciężki, chory miał bardzo nasiloną duszność. Podaliśmy adrenalinę oraz steryd. Po opanowaniu najgroźniejszych objawów chory pojechał do szpitala. Po tym wydarzeniu uświadomiliśmy sobie, że personel nie do końca wie, jak postępować z duszącym się pacjentem. Wtedy zrodził się pomysł zorganizowania szkolenia na temat duszności. Karolina zajęła się jego przygotowaniem. Omówiła symptomatologię, diagnostykę oraz leczenie chorób, które objawiają się dusznością. Personal ośrodka wykazał się sporym zainteresowaniem. Po zakończeniu wykładu padały pytania. Przez 7 dni braliśmy udział w badaniach przesiewowych przeciw HBV i HCV. Codziennie od rana do późnego popołudnia pobieraliśmy krew od miejscowych. Najciekawsze było to, że przesiewy odbywały się przed sporą publicznością. Wszyscy, którzy przyszli oddać krew obserwowali nasze poczynania. Jeśli u kogoś był problem ze znalezieniem żyły, ale w końcu się udało, „publiczność” gwarantowała gromkie brawa. Jeszcze nigdy nie pobieraliśmy krwi w takiej atmosferze ;).

W ostatnim dniu roku szkolnego zorganizowaliśmy spotkanie z dziećmi na temat Polski. Zadawaliśmy pytania dotyczące Rwandy, a następnie opowiadaliśmy o Polsce. Siostra Scholastica była naszym tłumaczem. Dzieci bardzo aktywnie uczestniczyły w tym spotkaniu. Każdy nasz spacer po Rushakach wzbudzał zainteresowanie wśród najmłodszych. W wolnych chwilach staraliśmy się z nimi bawić. Przywieźliśmy z Polski kolorowanki, kredki, kolorowy papier, plastelinę, gumy do skakania, skakanki, czy zestawy do produkcji baniek mydlanych. Wspólne zabawy sprawiały wszystkim wiele radości. Do Rushaków w paczkach z Fundacji dotarły również szczoteczki do zębów oraz pasty. Wraz z miejscową dentystką zorganizowaliśmy  kurs szczotkowania zębów wśród przedszkolaków. Na koniec dzieci zaśpiewały nam w kinyarwanda piosenkę o częściach ciała. Mieliśmy ze sobą też odblaski. Rozdaliśmy je najmłodszym podczas pogadanki o bezpieczeństwie na drodze. Tym razem dzieci zatańczyły dla nas tradycyjny rwandyjski taniec! Popołudniami staraliśmy się odwiedzać najbiedniejsze rodziny. Wybieraliśmy się do nich wraz z siostrami. Dzięki tym spotkaniom mogliśmy się przekonać, jak żyją tutejsi ludzie, z jakimi problemami muszą się na co dzień borykać. Często nie mieli oni ani prądu, ani wody, dom składał się z dwóch izb, w których mieszkała cała rodzina, najczęściej 6-8-osobowa. Ludzie walczyli często z niedożywieniem. Dzięki zbiórkom zorganizowanym przez nasze rodziny do Kigali dotarły paczki z odzieżą, materiałami edukacyjnymi, czy innymi drobiazgami, które przekazaliśmy najbardziej potrzebującym. Zależało nam również na tym, żeby udekorować w ośrodku gabinet, w którym były przyjmowane dzieci. Przyozdobiliśmy go naklejkami ściennymi, dzięki czemu nabrał kolorów, a mali pacjenci z zaciekawieniem przychodzili na konsultację. Nasze 2 miesiące w Rushakach minęły błyskawicznie. Bardzo dużo się działo w tym czasie. Świat, do którego przyjechaliśmy, był zupełnie inny od tego, który dotychczas znaliśmy. Z pewnością było to dla nas cenne doświadczenie. Nadal chcemy utrzymywać kontakt z personelem ośrodka oraz osobami, które spotkaliśmy na naszej drodze. Siostry planują budowę bloku operacyjnego. Dzięki temu być może w ośrodku byłby na stałe lekarz. Z pewnością będziemy chcieli im pomóc w realizacji tego projektu. Mamy nadzieję, że w przyszłości uda nam się jeszcze kiedyś wrócić do Rushaków.

Autor:

Bartosz Mroczek