Agata Cicha, Ania Klupś, Aneta Ciołek

Do Rwandy wyjechałyśmy dzięki Fundacji Redemptoris Missio oraz przy wsparciu Programu Wolontariat Polska Pomoc Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Na misji każda z nas spędziła trzy miesiące, chociaż nie cały czas byłyśmy razem. Agata Cicha – nasz świeżo upieczony lekarz – była na misji od czerwca do września, Ania Klupś – nasza specjalistka położna oraz Agnieszka Pydzińska – studentka medycyny – dołączyły w lipcu i pracowały do października, natomiast Aneta Ciołek – lekarz i najbardziej doświadczona z nas – przyleciała w październiku  i pozostała na misji aż do stycznia. Mieszkałyśmy i pracowałyśmy w wiosce Rushaki na północy kraju, przy granicy z Ugandą. Gościły nas siostry ze Zgromadzenia Św. Rodziny z Bordeaux, które prowadziły tam Ośrodek Zdrowia dla około 20 tysięcy ludzi mieszkających w okolicznych wioskach.

W jego skład wchodziły gabinety konsultacyjne, gabinet opatrunkowy, porodówka z salą poporodową, sale do krótkoterminowej hospitalizacji, gabinet do konsultacji kobiet ciężarnych, poradnia dla zakażonych wirusem HIV, centrum szczepień, gabinet dystrybucji leków oraz laboratorium. Pracowałyśmy od poniedziałku do piątku od 9 do 18 oraz w soboty – na wezwanie. Zdarzało się często, że wstawałyśmy do porodów również w nocy. Niedziele miałyśmy wolne, więc chodziłyśmy z siostrami odwiedzać ciężko chorych lub bardzo ubogich ludzi, którzy nie byli w stanie sami dotrzeć do naszego Ośrodka – często pomoc medyczna nie była im potrzebna lub możliwa, chodziło raczej o same odwiedziny, dobre słowo i wspólną modlitwę. Miałyśmy także swoich stałych pacjentów, których leczyłyśmy w domach.

Głównym problemem zdrowotnym, z którym się spotykałyśmy była malaria, jak w większości Afryki – zakażenie wirusem HIV oraz biegunki – wynikające z braku dostępu do świeżej lub przegotowanej wody. Częstym problemem, szczególnie wśród dzieci, były choroby pasożytnicze przewodu pokarmowego. Oprócz chorób infekcyjnych częste były też urazy, które w większości udawało się nam zaopatrzyć na miejscu, w cięższych przypadkach odsyłałyśmy pacjentów do szpitala rejonowego w Byumba, większym mieście, oddalonym o około godzinę jazdy samochodem.

Gdy przyjechałyśmy do Rushaków bardzo dużym problemem były niegojące się rany. Pacjenci przychodzili miesiącami do Ośrodka na zmiany opatrunków. W czasie naszego pobytu przyszły paczki, które wcześniej wysłałyśmy z Polski i dzięki materiałom opatrunkowym w nich zawartym mogłyśmy wiele z tych ran wyleczyć i uwolnić pacjentów od bólu.

Ważną naszą działalnością w Ośrodku była również edukacja personelu, która wymagała od nas dużo pomysłowości i cierpliwości, jednak wielką radością było dla nas widzieć, że nasze rady są przyjmowane z zainteresowaniem i stosowane w codziennej pracy.

Podczas naszego pobytu uczestniczyłyśmy również w akcjach szczepień oraz w testach przesiewowych na HIV w szkołach. Miałyśmy też okazję przeprowadzić zajęcia z języka angielskiego w szkole podstawowej oraz warsztaty z pierwszej pomocy dla uczniów z miejscowego college’u.

 

Ewelina Walkowiak, Kenia

Karibu Duniani! Witaj na świecie!

Wyznania położnej z Czarnego Lądu

Misja Kenia II

22 września- 23 grudnia 2015

 

Po dwu miesięcznym urlopie na polskiej ziemi, spakowałam 46kg opatrunków, leków, ubranek dla dzieci i 22 września 2015 roku poleciałam do miejsca w którym pracowałam wcześniej 6 miesięcy. Tak szybki powrót do Afryki był możliwy dzięki programowi Wolontariat Polska pomoc 2015 oraz Fundacji pomocy Humanitarnej Redemptoris Missio. Na równiku czekało na mnie moje łóżko, ciuchy, skorpion Stefan, Mućka, wspólnota Sióstr Misjonarek Świętej Rodziny a przede wszystkim znajome pacjentki i ich dzieci. Kithatu- małą wioskę w której znajduje się przychodnia Siostry Dariany Jasińskiej znałam jak własną kieszeń. Razem z wolontariuszem Arturem Chmielewskim, dzięki pomocy Sympatyków Fundacji Pomocy Humanitarnej Redemptoris Missio podczas poprzedniej misji, założyliśmy oddział położniczy oraz usprawniliśmy działanie ośrodka.

Pomyślałam, super! Miejsce, które kocham, personel, który tworzy  zgrany zespół- cóż może mnie jeszcze zaskoczyć! Z wielką dozą pewności w sercu przemierzałam ulice Nairobi udając się na autobus jadący do Meru- miasta, które łączy Kithatu z cywilizacją. Uśmiechałam się jak szaleniec do mijanych w rytmach kenijskiego reggae pól ryżowych, plantacji herbaty i kobiet sprzedających kiście bananów. Z dziką radością zaczęłam targować się z jedną ze sprzedawczyń owoców, czując, że to właśnie tutaj- tutaj jest mój dom. Z wywalczoną siatką mango wkroczyłam na misję Sióstr. Najwyższy Szczyt Kenii- Mt Kenya przywitał mnie przyjacielskim mrugnięciem. Odpowiedziałam tym samym i wyściskałam wszystkich, którzy stanęli na mej drodze.

 Już następnego dnia wkroczyłam do przychodni Divine Mercy Dispensary. Moja obecność nie była zaskoczeniem dla pacjentów. Większość z nich dobrze mnie znała. Wielu słało uściski i radosne okrzyki. W ośrodku pracowałam codziennie od 8:30 do 17:30. Położna, pielęgniarka, laborant czy jakikolwiek inny medyk w tropiku zajmuje się wszystkim co tylko jest potrzebne. Zatem położna przyjmuje pacjentów na oddział, kontroluje stan ogólny pacjenta, przepisuje leki, zaopatruje rany chirurgicznie oraz zajmuje się kobietą ciężarną i jej dziećmi. W tym projekcie pragnęłam skupić się właśnie na tej grupie- dlatego postanowiłam zająć się edukacją pacjentek na szkole rodzenia. Ponieważ Afryka rządzi się własnymi prawami, spotkania nie odbywały się regularnie. Wykłady dla ciężarnych trzeba było dostosowywać do ich codziennego rytmu: pory zbioru warzyw i owoców, pór przygotowywania posiłków i sytuacji w ośrodku zdrowia. Dzięki szkole rodzenia w przychodni pojawiało się coraz więcej pacjentek- a w szczególności młodych, niedoświadczonych matek we wczesnych tygodniach ciąży. Ponieważ nie mamy sali operacyjnej, skomplikowane przypadki okołoporodowe często przewoziłyśmy do najbliższego szpitala rządowego oddalonego od naszej wioski ok 45minut-1h drogi. Transport rodzącej szkolnym busikiem, szczególnie w drugim okresie porodu, nocą, w porze deszczowej, po dziurawej drodze stwarzał nam często spore kłopoty. Porody Fizjologiczne odbywały się na naszej sali porodowej pod okiem S Irine i moim. Kenijki podczas akcji porodowej przyjmuje różnorodne pozycje od stojącej po leżącą. Jedna rodzą w ciszy, inne wykrzykują w Kimeru: „Anja Murungu! Bwana Jesu!”- próbując oddać Bogu każdy skurcz porodowy ;) W większości przypadków rodzą sprawnie i bez większego instruktażu z naszej strony. W Kenii istnieje nie wiele regulacji prawnych dotyczących porodu- szczególnie w buszu. Mimo, że możliwość wydania dziecka na świat w szpitalu rządowym z zasady jest darmowa, w rzeczywistości kobiety płacą horrendalne sumy. W związku z tym spory odsetek kobiet wciąż rodzi w domach, kompletnie nieprzygotowanych pod względem epidemiologicznym. Dzięki sponsorom z Włoch i Polski, Siostry misjonarki udzielają opieki okołoporodowej na wysokim poziomie za darmo.

W przychodni  pracują dwie Siostry Kenijki- pielęgniarki, emerytowana pielęgniarka Esther, Rebecka- sekretarka oraz Mahaio- laborant medyczny. Praca przebiegała sprawnie i bez problemów do momentu śmierci jednego z noworodków. Moment ten zatrzymał dobrze naoliwioną karuzelę i przypomniał nam, że są rzeczy na które nie mamy wpływu. Narodziny nowego człowieka są momentem kiedy życie ,śmierć, magia tajemnica tańczą razem w afrykańskim rytmie. Pacjenci przychodzili do przychodni głównie z powodu malarii, duru brzusznego, ran ciętych, amebiozy, grzybic skórnych, chorób wenerycznych, gruźlicy, ran septycznych. Ze względu na porodówkę otwartą całą dobę zdarzało się nam pełnić dyżury 24h-48 godzinne.  Dzięki środkom projektowym zakupiłam analizator krwi, który pozwala na szerszą diagnostykę naszych pacjentów. W przeciągu 3 miesięcy przebadaliśmy ponad 1500 pacjentów, zaszczepiliśmy około 900 dzieci, przeprowadziliśmy osiem lekcji edukacyjnych dla dzieci, młodzieży i dorosłych, przebadaliśmy blisko 80 kobiet ciężarnych, założyliśmy setki opatrunków. Przyjęliśmy szczęśliwie 8 porodów. Czy coś zdążyło mnie zatem zaskoczyć? Oczywiście! Jadąc do Afryki dobrze jest mieć ramowy plan działania- ale nie ma co przesadzać! To my musimy dostosować się do nich a nie oni do nas ;) Afryka zaskakuje- za każdym razem na nowo i jeszcze bardziej!

Przy tej okazji pragnę z całego serca podziękować Fundacji Pomocy Humanitarnej Redemptoris Missio. Dziękuję za niezwykłe zaufanie i niesamowite możliwości jakie dajecie nam, wolontariuszom. Osobiście, dziękuję za ukazanie mi drogi życiowej! Ministerstwu Spraw Zagranicznych ogromne podziękowania za wsparcie finansowe i organizacyjne. Wszystkim wolontariuszom za nieustanne wsparcie,Wandzie Błeńskiej za świadectwo życia, pacjentkom za niezwykłe chwile, Siostrze Darianie za stworzenie rodzinnej atmosfery oraz Bogu Najwyższemu za dar narodzin - DZIĘKI!