Filip Styrzyński

Pewien czas temu, jesienią 2016 roku, zainspirowany wyjazdem moich Przyjaciół - Asi i Łukasza na Madagaskar, pojawiła się w mojej głowie chęć spędzenia czasu między stażem podyplomowym a rezydenturą na jednej z placówek misyjnych w Afryce, pracując jako lekarz. Początkowo pomysłów na realizację tej idei było kilka - przetarte madagaskarskie szlaki ze względów językowych (francuski) musiałem odłożyć na bok, z uwagi na sytuację polityczną w Burundi - nie był również możliwy wyjazd na zaznajomioną placówkę w Bujumburze. Ostatecznie, poszukując różnych informacji, trafiłem na stronę internetową Szpitala Sacred Heart w Katondwe (Zambia), prowadzonego przez polskie Siostry Służebniczki NMP ze Starej Wsi. Nie pozostało nic innego jak spróbować…

Okazuje się, że dość skomplikowaną sprawą jest napisanie maila, w którym człowiekstara się przedstawić jako rozsądna, raczej zrównoważona osoba. Przede wszystkim zaś - świadoma sytuacji, którym trzeba będzie stawić czoła. Odpowiedź od s. Mirosławy Góry (dyrektor szpitala, chirurg, a zarazem jedyny pracujący tam lekarz) przyszła dość szybko -dostałem zielone światło, i ogromny kredyt zaufania, za co jestem niezmiernie zobowiązany. Od samego początku moim zamysłem nie było zrobienie zamieszania w związku z wyjazdem na misje, ale nie chciałem również, żeby ten czas miał się ograniczyć do swego rodzaju prywatnej, afrykańskiej przygody. Po cichu miałem nadzieję, że w tym wszystkim może drzemać wiele dobrego. Jak miało się okazać już za kilka tygodni - choć może to brzmieć trywialnie - razem można zdziałać dużo więcej.

Czasu na organizację całego przedsięwzięcia nie było dużo - niecałe 2 miesiące, więc trzeba było zakasać rękawy. Przez zupełny przypadek skontaktowałem się z fundacją Redemptoris Missio, która od kilku lat wspiera działalność zambijskiego szpitala. Życzliwość, jaka spotkała mnie ze strony osób w niej pracujących wymagałaby osobnego wypracowania.To w dużej mierze dzięki ich wsparciu mój wyjazd, a przede wszystkim kwestia pomocy materialnej z nim związanej (o czym za chwilę…), mogły nabrać swoją ostateczną formę. Nie sposób nie wspomnieć w tym miejscu p. dr Justyny Fox, która - sama mając wielokrotne doświadczenia wyjazdów do pracy w Afryce, również zaprzyjaźniona z Redemptoris Missio - była dla mnie źródłem nieocenionych wskazówek i sugestii oraz potrafiła rozwiać wszelkie wątpliwości.

Za namową moich przyjaciół, chcąc realnie pomóc szpitalowi w Katondwe, zorganizowałem internetową zbiórkę na zakup potrzebnego tam sprzętu medycznego. Ilość osób z różnych środowisk, które z nieudawanym optymizmem się w nią włączyły, zaangażowanie, udostępnienia i wpłaty na konto przerosły moje najśmielsze oczekiwania. Ludzie dopytywali się o konkretne problemy, oferowali pomoc w zależności od własnych umiejętności i potrzeb - zupełnie od siebie, całkowicie bezinteresownie. Znaczny wkład w to przedsięwzięcie wniosła młodzież ówczesnego Gimnazjum nr 2 w Zgierzu, która - jak się okazało chwilę później - nadała bieg następnym wydarzeniom…

Otóż kilka dni po afrykańskich dniach zorganizowanych przez uczniów powyższej szkoły na swoją skrzynkę mailową otrzymałem wiadomość, która mnie zmroziła…Mianowicie Ojciec Święty Franciszek, za pośrednictwem swojego Jałmużnika ks. abp. Konrada Krajewskiego zdecydował się zakupić dla szpitala Sacred Heart nowoczesny, przenośny aparat USG! Tego nie można było sobie wyobrazić w najśmielszym scenariuszu. Pamiętam jak bardzo uderzyło mnie wtedy poczucie, że cała akcja zaczęła już żyć własnym życiem, nakręcając się dalej jedynie entuzjazmem kolejnych angażujących się osób. Za to jestem każdemu szczególnie wdzięczny!

Czas do wyjazdu mijał bardzo szybko - ostatnie kwestie związane z przygotowaniem: szczepionki, ubezpieczenia, odstraszacze na insekty, w co się ubrać, co wziąć do jedzenia. Czyli po prostu wszystkie sprawy, które mieszczą się w haśle: jak przeżyć 1,5 miesiąca (wówczas wydawało się to bardzo długo) w Afryce?

Katondwe to mała wioska położona ok. 260 km na południowy-wschód od stolicy Zambii - Lusaki, w prowincji Luangwa, graniczącej z Mozambikiem od wschodu, a od południa z Zimbabwe. Początki tej placówki sięgają 1910 roku, kiedy to jezuici uciekający przez portugalską rewolucją w Mozambiku przedostali się przez rzekę na teren Rodezji Północnej (kolonia brytyjska) i założyli misję tutaj oraz w nieodległym Kapoche. Ich praca przyniosła tym terenom ogromny postęp w dobrym tego słowa znaczeniu, a jej pozostałości można podziwiać do dziś. Siostry Służebniczki przybyły w to miejsce w 1939 roku. Od początku jedną z gałęzi misyjnej działalności była opieka medyczna. Małe „kliniki” - przychodnie funkcjonowały już w 1 poł. XX w., natomiast szpital z prawdziwego zdarzenia został uroczyście otwarty 27 marca 1963 r. To właśnie Sacred Heart Hospital miał być miejscem mojej pracy na afrykańskiej ziemi. Dzisiejsza misja stale się rozwija - funkcjonuje przedszkole i szkoła, powstało wiele domków pracowników oraz mieszkańców, a także istnieje parafia z niemałym kościołem pw. Ducha Św., będąca obecnie pod opieką księży zambijskich. Od kilku lat prowadzi tutaj nawet ze stolicy asfaltowa droga!

Dyrektorem, i jedynym lekarzem pracującym w szpitalu, z wykształcenia chirurgiem, a w praktyce - absolutnym multispecjalistą jest s. Mirosława Góra. Osoba nietuzinkowa, będąca na misjach w Zambii od ponad 25 lat, której wiedzę i umiejętności można czerpać garściami. Prywatnie - szalenie życzliwy i oddany swojej pracy człowiek, a w dawnych latach - medalista mistrzostw Europy w kajakarstwie. To właśnie dzięki zaufaniu s. Mirosławy mogło wydarzyć się to wszystko, co opisałem powyżej. Ponadto na placówce przebywają dwie inne Siostry Służebniczki z Polski - s. Edyta Wójtowicz (technik radiolog, wykonująca badania RTG i USG, zajmująca się szpitalną apteką, asystująca do operacji i znieczuleń, z zamiłowania - mały chirurg) i s. Krystyna Matusz (pielęgniarka, która również pełni rolę anestezjologa, na co dzień zaś osoba odpowiedzialna za część administracyjną). Resztę personelu stanowią Siostry Zambianki oraz pracownicy świeccy.

Szpital świadczy swoje usługi dla ludności bezpłatnie, oferując opiekę nad matkami w ciąży, dziećmi i dorosłymi oraz prowadząc terapię osób zakażonych wirusem HIV. W gotowości pozostają dwie sale operacyjne, mogące działać 24h/dobę dzięki zasilaniu solarnemu, dodatkowo m.in. porodówka, pracownia zdjęć rentgenowskich, gabinetultrasonograficzny, pokoje zabiegowe, apteka. Sprawna organizacja pracy i właściwy podział obowiązków powodują, że w większości przypadków udaje się rozwiązać problemy wynikające z warunków pracy w Afryce.

Pobyt w Katondwe traktuję jako szkołę życia, w jej pozytywnym wymiarze. Poza oczywistymi dylematami młodego lekarza - trafnością diagnozy, pewnością swojej wiedzy i umiejetności, a także znajomością leków, musiałem poradzić sobie z komunikacją w obcym języku, stycznością z chorobami tropikalnymi (w tym zakaźnymi), procedurami z którymi na co dzień nie miałem do czynienia, jak rownież z ograniczoną dostępnością badań laboratoryjnych… Z pewnością nie bez znaczenia były dające się we znaki zmęczenie, temperatura często sięgająca 40oC w dzień i spadająca do niewiele poniżej 30oC w nocy, mało sprawnie działający (i ograniczony z uwagi na koszty) internet, czyhające w najróżniejszych miejscach nie zawsze przyjacielsko nastawione stworzenia, czy wreszcie konieczność przygotowywania sobie wody pitnej oraz brak stałego źródła prądu - lokalny generator zapewnia elektryczność 3h dziennie wieczorem. Jak się jednak okazuje, człowiek jest niesamowicie adaptowalnym zwierzęciem i po kilku dniach aklimatyzacji zaczyna normalnie funkcjonować w nowej rzeczywistości.

Jakie wrażenie zostaną mi przede wszystkim w głowie? Ogromna życzliwość i wyrozumiałość - zarówno ze strony Sióstr, które mnie gościły, jak i pracowników szpitala, czy spotykanych na co dzień pacjentów - z powodu pewnych niedoborów językowych i konieczności wdrożenia się w poszczególne mechanizmy. Bardzo krępujący był dla mnie początkowo duży dystans z pielęgniarkami i pielęgniarzami, zwracanie się w bardzo oficjalny sposób, pewien rodzaj (niezasłużonego) szacunku dla lekarza wynikający wyłącznie z tytułu i wykształcenia. Tym bardziej, że miałem świadomość, iż tzw. personel średni w wielu sytuacjach medycznych ma dużo większe doświadczenie niż medyk u progu swojej działalności zawodowej. Na szczęście przełamanie lodów trwało krócej niż się spodziewałem. Inna sprawa jest taka, że zakres działań z ich strony jest dużo większy niż choćby znany w Polsce, co wiązało się z tym, że telefon do lekarza „on call” (na wezwanie) oznaczał zazwyczaj faktycznie skomplikowaną sytuację. Wiadomo, że nie zostałem pozostawiony sam sobie - zawsze mogłem skonsultować się z s. Mirosławą, ale jednak ambicja i chęć bycia przydatnym powodowały, że trzeba było nauczyć się utrzymywać na głębokiej wodzie!

Zakres moich obowiązków był bardzo szeroki, od regularnych obchodów na oddziałach: dziecięcym, żeńskim i męskim, przez izolację i choroby terminalne, asystowanie do zabiegów operacyjnych i porodów przez cesarskie cięcie, na przyjmowaniu pacjentów w przychodni kończąc. Dzień pracy trwał czasami bardzo długo, noce nie zawsze oznaczały odpoczynek - z s. Mirosławą byliśmy jedynymi lekarzami na cały szpital (w trakcie mojego pobytu kilkadziesiąt osób, przy możliwości przyjęcia nawet 100 pacjentów). Jednak ogromną satysfakcję dawała możliwość dotknięcia tej… prawdziwej medycyny, oparcia się na własnym doświadczeniu, wiedzy, przeczuciach. Tej medycyny, o której pewnie wielu studentów, wybierając kierunek lekarski, marzyło. Spojrzenie na pacjenta klinicznie, a nie przez pryzmat wymaganego „na wszelki wypadek” szeregu badań diagnostycznych, dotknięcie, usłyszenie spodziewanych zmian pozwalały z powrotem poczuć to, co w trakcie studiów często umyka - wejście w inny świat, poznanie pewnej tajemnicy. Brak obciążenia tak znaczną biurokracją (która niestety również i tutaj zaczyna wchodzić tylnymi drzwiami) powoduje, że człowiek widzi ilość pracy, odpowiedzialności oraz podjętych na przestrzeni jednego dnia decyzji. A co chyba najważniejsze… dostrzega po prostu sens swoich działań.

Ten czas na misjach to również szereg nowych, pełnych sympatii i przyjaźni relacji, które są w stanie - mimo znacznej odległości - rozwijać się choćby nawet w rzeczywistości wirtualnej. Świadomość odciśnięcia jakiegoś śladu jest bardzo budująca, i zobowiązująca. Opuszczając Katondwe miałem wrażenie, że jakaś cząstka tutaj zostaje - z miejsca kompletnie egzotycznego, stało się całkowicie oswojonym - żeby nie powiedzieć „swoim”. Z pewnością zaś takim, do którego chciałoby się wrócić. Człowiek przez konkretne decyzje bierze na siebieodpowiedzialność - w tym przypadku za szpital, za poznanych tutaj ludzi, jak również za funkcjonowanie misji w przyszłości. Nie sposób się od tego odciąć. Okazuje się nagle, że ta odległa wioska, gdzieś w głębokim buszu po drugiej stronie równika, motywuje do dalszych działań i pozwala zarażać nimi coraz więcej osób… Z niecierpliwością czekajmy więc na to, co dobrego przyniesie przyszłość!

Filip Styrzyński

 

Małgorzata Osmola

Muraho! Witajcie!

Mam na imię Gosia, jestem młodym lekarzem i już za kilka dni wyruszam na misję medyczną do Rwandy. Za mną wiele miesięcy przygotowań do wyjazdu, a najważniejsze jeszcze przede mną – trzymiesięczny wolontariat w szpitalu w Nembie, w północnej części kraju.

Pomysł o wyjeździe siedział mi w głowie już od dawna, był nawet motorem pójścia na studia medyczne. Okazało się jednak, że sama chęć wyjazdu nie wystarcza. Potrzebna jest również olbrzymia determinacja, wiedza, oraz pomoc życzliwych osób… Postaram się z Wami podzielić moimi doświadczeniami z przygotowań do misji w Rwandzie.

Poszukiwania miejsca wyjazdu zaczęłam równo rok temu. Skontaktowałam się z prawie wszystkimi organizacjami humanitarnymi, zajmującymi się pomocą medyczną, istniejącymi w Polsce. Wszystkie zgodnie uważały, że jestem jeszcze za młoda, i że mój roczny staż pracy to zdecydowanie za mało, żeby pracować jako samodzielny lekarz w Afryce.
Czy odpuściłam? Oczywiście, że nie. Nie na darmo moi przyjaciele nadali mi przydomek „niezmordowana”.

Zaczęło się od Republiki Południowej Afryki (RPA). Wybrałam ten kraj, ponieważ fascynuje mnie jego historia, jest bezpieczniej pod względem epidemiologicznym (w południowej Afryce nie ma zagrożenia malarią). Skontaktowałam się z ośrodkiem misyjnym ojców Paulinów w Centocow. To taka południowoafrykańska Częstochowa. Wiedzieliście o jej istnieniu?! Ja wcześniej też nie ;)

W zorganizowaniu wyjazdu pomagał mi Zuluski Ksiądz – Ojciec David. Skontaktował mnie z miejscowym szpitalem. Wszystko zapowiadało się świetnie. Ale Dyrekcja była tak opieszała w działaniu, że zapytanie o zgodę o miejscowej Rady Lekarskiej wysłała dopiero po kilku miesiącach moich nalegań <sic!>. Wtedy zdałam sobie sprawę, że nic z tego nie będzie. Straciłam mnóstwo czasu, trochę się załamałam. Czy się poddałam? Chyba już znacie odpowiedź…

Napisałam do mojego ziemskiego anioła, który od samego początku motywował mnie do wyjazdu – doktor Dominiki Pomorskiej. Uruchomiła swoje kontakty i poradziła, abym napisała do Doktora Norberta Górskiego, który sam był na misji w Rwandzie. Doktor Norbert to kolejna niesamowita osoba, właściwie dzięki której wyjeżdżam do Afryki. Z tego doświadczenia płynie taka lekcja, że pomoc otrzymujemy od osób, od których nigdy byśmy się tego nie spodziewali. Dlatego w dążeniu do celu, jakim jest wyjazd na misje, warto pisać dosłownie do wszystkich, i na pewno znajdzie się wśród nich ktoś, kto doceni nas, i nasze chęci.

Następnie skontaktowałam się z Dyrekcją Szpitala w Niemba, oraz z Rwandyjskim Caritasem. To była już zupełnie inna jakość współpracy. Szybkie odpowiedzi, szybkie dogadanie szczegółów, po prostu zaczęło się dziać! Był to zdecydowanie moment przełomowy, w którym zaczęłam być pewna, że wszystko się uda. Ale jak się później okazało, był to tylko malutki pierwszy kroczek na dłuuuugiej drodze.

Przed wyjazdem musiałam się porządnie doedukować. Przeczytałam o kraju wszystko, co miałam pod ręką, oglądałam filmy, rozmawiałam z osobami, które były tam na miejscu, aby po przyjeździe jak najmniej mnie zaskoczyło. Pewnie szoku kulturowego nie da się uniknąć, ale przynajmniej wiem, na co się piszę.

Rwanda. Kraj budzący skrajne emocje. Z jednej strony piękno natury, z drugiej piekło, jakie zgotowały sobie plemiona Tutsi i Hutu ponad 2 dekady temu. Nie jadę tam, by przeżywać na nowo całe zło, patrzeć przez pryzmat krwawej przeszłości - chcę pomóc w budowaniu przyszłości, której solidną podstawą jest zdrowie. Rwandyjczycy już poczynili pierwsze kroki w kierunku budowania stabilności politycznej, ponadto w ciągu ostatniej dekady odnotowano spory wzrost gospodarczy. Lecz nadal nie jest to kraj bogaty, w naszym tego słowa znaczeniu… Dochód miesięczny rodziny na wsi wynosi ok. 20 zł, co sprawia, że podstawowe usługi medyczne są poza ich zasięgiem – przykładowo, koszt porodu siłami natury w szpitalu, równy jest miesięcznemu dochodowi rodziny, a cięcie cesarskie to czterokrotność tej kwoty! Dodatkowo pacjenci muszą na własny koszt zaopatrywać się w leki. Sprawia to, że opieka medyczna jest dla większości społeczeństwa nieosiągalna.

Kilka słów o miejscu mojego wyjazdu. Szpital w Niemba, znajduje się w północnej Rwandzie i służy populacji blisko ćwierć miliona osób. Powstał dzięki pomocy organizacji Medicus Mundi International. Przez 40 lat jego istnienia, utworzono 180 łóżek dla najbardziej potrzebujących pacjentów oraz przyszpitalną przychodnię. Ośrodek jest objęty kuratelą Caritasu diecezji Ruhengeri, i obecnie zmaga się z brakiem personelu lekarskiego. W szpitalu pracuje tylko 5 lekarzy. Z troski o pacjentów, dyrektor Rwandyjskiego Caritasu - Ojciec Theoneste zaprosił mnie do Niemba, abym pracowała w szpitalu jako wolontariuszka.

Miałam miejsce wyjazdu, chęci, ale nie miałam środków. Niestety z pensji lekarza stażysty nie da się odłożyć 10 000zł, a tak wstępnie rysowały się koszta. Pomyślałam, że warto by było zawieźć tam również sprzęt medyczny. Tylko skąd wziąć na to pieniądze?

Wystosowałam do szpitala w Niemba zapytanie o zapotrzebowanie na sprzęt i starałam się gromadzić rzeczy z listy. Kontaktowałam się z firmami, pytając, czy byłby w stanie przekazać dary na rzecz mojej akcji. Reakcje byłby różne, najczęściej moje prośby były po prostu ignorowane. Czy się poddałam? To pytanie już chyba padło, odpowiedź na nie również…
Wśród gros firm, znalazły się takie, które niezwykle entuzjastycznie zareagowały na moją zbiórkę. To nie były suche rozmowy biznesowe, my ci coś damy, a co ty możesz dać nam? Tylko prawdziwe dary od serca, oraz olbrzymie wsparcie duchowe! Właścicieli firm nie spotkałam osobiście, ale rozmawiając z nimi czułam, że są mi oni bardzo bliscy, że są po mojej stronie!

Bardzo ważnym momentem było również poproszenie Księdza Proboszcza mojej Parafii Św. Faustyny w Częstochowie, o możliwość zorganizowania zbiórki pieniędzy w naszym Kościele. Od Parafian dostałam masę wsparcia, nic tak nie daje kopa do działania, niż świadomość, że ktoś wierzy w to, co robię! Udało mi się zebrać nie tylko środki, ale też dotrzeć do kolejnych osób, które chciały sponsorować mój wyjazd.

Przyjaciele i rodzina też są ze mną. Wiele osób pyta, co o wyjeździe sądzą moi rodzice. Oczywiście boją się, bo troszczą się o mnie. Rwanda nie jest najbezpieczniejszym miejscem na Ziemi, ale mama i tata popierają moją akcję jak mogą. Chyba już się pogodzili z tym, że nie mam charakteru domatora i że czasem miewam pomysły, które mogą wydawać się szalone. Dzięki, że jesteście!

Jak jeszcze starałam się dotrzeć do ludzi z moją akcją? Najprostszym sposobem jest wykorzystanie social media. W dobie Facebooka nie da się tego uniknąć. Postanowiłam też skorzystać ze strony crowdfundingowej do zbierania środków. Wybrałam stronę https://zrzutka.pl/ bo wydawała mi się najprostsza w obsłudze. O co chodzi w crowdfundingu? W zebraniu dużej sumy przez dużą ilość mniejszych wpłat. Każdy pomaga, na ile może, począwszy od kwoty 5 zł, aż do kilku tysięcy złotych, bo taki był rozstrzał przekazywanych środków w mojej zbiórce. Każdemu wpłacającemu, niezależnie od sumy, jestem bardzo wdzięczna!

Miejsce wyjazdu mam, środki już też, pora zadbać o bezpieczeństwo na miejscu. W tym pomogła mi niesamowita Fundacja Pomocy Humanitarnej Redemptoris Missio, której jestem oficjalną wolontariuszką. Fundacja ta, zajmuje się profesjonalnym przygotowywaniem misjonarzy na wyjazd. Nie zapomnieli też o mnie. Zostałam ubezpieczona, zaszczepiona w Centrum Chorób Tropikalnych w Poznaniu, poinstruowana jak powinnam się zabezpieczać przed zakażeniami. Fantastycznie jest dbać o innych, ale nie można robić tego kosztem własnego bezpieczeństwa. Bo właśnie ono jest najważniejsze.

Przed wyjazdem odbyłam wiele rozmów. Mogę je z grubsza podzielić na dwa rodzaje – pierwsze to takie, w których jestem chwalona za to, że jadę pomagać najbardziej potrzebującym. Drugie zaczynają się od „Chyba oszalałaś! Czy ty wiesz na co się piszesz?!” Taką właśnie rozmowę - wystawienie na próbę, odbyłam z ks. Markiem Batorem, prezesem Caritas Archidiecezji Częstochowskiej. Dlaczego właśnie ona była dla mnie najcenniejsza? Bo sama utwierdziłam się w przekonaniu, że wiem co robię. Ksiądz sam był misjonarzem, i to doświadczenie budzi w nim skrajne emocje. Jak sam mówi, to jest zupełnie inny świat. I trzeba być gotowym na to, co się tam zastanie. Brud, bieda, robaki, choroby… to tylko niektóre „uniedogodnienia”. Ja podejmuję wyzwanie i jadę na misję, jednak jestem świadoma, że nie uzdrowię wszystkich i nie za wszelką cenę. Będę robić co mogę, ale nie kosztem własnego zdrowia i bezpieczeństwa.

Dziękuję Wam, że dotrwaliście ze mną do końca tego krótkiego artykułu. W połowie listopada będę już w Rwandzie. Bądźcie ze mną myślami i módlcie się o pomyślność mojej misji.

Małgorzata Osmola