Helena Wanda Reinfuss

Sprawozdanie z pobytu na misji w Mongoumba w Republice Środkowej Afryki w okresie od 16.X.2018 r. do 11.I.2019 r.

 

Jestem lekarzem reumatologiem. Mam 73 lata, trzech synów i liczną rodzinę. Nadal pracuję zawodowo. 

Postanowiłam wyjechać i pracować na misjach w Afryce. Przeszłam wstępne przeszkolenie na Wolontariacie Misyjnym Młodzieżowym w mojej parafii. Rok temu odbyłam krótki wyjazd na misje Kiabakari w Tanzanii. 

Swoja chęć pracy na misji zgłosiłam w Kurii Metropolitarnej. Otrzymałam kontakt do świeckiej misjonarki pracującej w Afryce, a następnie zaproszenie na trzy miesięczny pobyt w Republice Środkowej Afryki. Wyjechałam na misje 15.X.2018 r. samolotem z Krakowa przez Warszawę, Paryż i wylądowałam w stolicy Republiki Środkowej Afryki – Bangui. Misja Kombonianów znajduje się w mieście Mongoumba około 180 km na południe od stolicy, leży nad rzeką Ubangi i graniczy z Republika Konga. Aby dojechać do misji w Mongoumba trzeba było przeprawić się promem.

 

 

W Mongoumba jest kościół parafialny z posługą dwóch księży Kombonianów, pochodzących: z Etiopii i Meksyku oraz świeckich misjonarzy Kombonianów (cztery osoby): Marii i Kristin z Portugalii, Simon z Włoch i Ani z Polski. Zamieszkałam razem z nimi. Dzień rozpoczynał się mszą świętą, wspólnym śniadaniem. Potem każdy udawał się do swojej pracy: – w szkole: nauka francuskiego, matematyki a także nadzór nad przedszkolem oraz opieka nad Pigmejami. Do szkoły przy misji, uczęszczało niewielu Pigmejów (dziewięciu chłopców i trzy dziewczynki). Wymagali oni większej troski – jeśli chodzi o ubiór, czystość, punktualność, dożywianie.

 

 

Do Ani należały sprawy zdrowotne - a wiec opieka nad dziećmi niedożywionymi (ważenie, mierzenie, obserwacja, dokumentacja i tez leczenie), jak również zarzadzanie przychodnią przy misji i tzw. „Domem miłości” (w jeżyku sangu) Da-ti-ndoje – ośrodkiem rehabilitacyjnym dla dzieci przed i po operacji.

W pierwszym okresie mojego pobytu poznawałam ludzi na misji, pomagałam w codziennych pracach domowych, obserwowałam życie tamtejszych ludzi. Nawiązywałam relacje z tubylcami, a szczególnie z dziećmi, które zawsze były ciekawe i radosne. Poznawałam nowe kaplice, szkoły i przedszkola.

Wtedy też odwiedziłam kilkoro dzieci w ich domach. Były to dzieci leżące z porażeniem około-porodowymi, z przykurczem kończyn, bez kontaktu słownego, było też dziecko  z przetoką oponowo-nosową.

W tym okresie odwieźliśmy kilka kobiet z rodzinami do operacji guzów tarczycy, do odległej o ok. 120 km miejscowości Bagandou. Operacje przeprowadzali tam polscy lekarze na misji polskiej tarnowskiej pod wezwaniem Ojca Beyzyma.

 

 

Miejscowość Mongoumba zamieszkują liczni tubylcy. Mają domostwa skromne, z inwentarzem domowym jak: kury, kaczki, gęsi, świnki, kozy, barany - luźno chodzące.

Poza miastem, w lesie od głównej drogi odchodziły wąskie ścieżki, jakby donikąd. Tam mieszkają Pigmeje, niscy czarnoskórzy ludzie o szeroko rozstawionych oczach, o krótkim nosku i szerokich ustach. Dorośli Pigmeje piłują zęby - siekacze - do szpica, dla lepszego gryzienia, rozgryzania pokarmu. Noszą oni długie bluzo-koszule, zazwyczaj brudne i często podarte, nie mają obuwia. Śpią w szałasach zbudowanych z liści palm. Żywią się tym co znajdą (liśćmi manioku, owocami), polują na zwierzęta i ryby, jedzą też różne małe owady. Są raczej małomówni, z dystansem, unikają miast, mają swoją godność np. nie tłumaczą się gdy odchodzą, nie czekają przy dłuższej nieobecności lekarza. Przez mieszkańców miast nie są szczególnie lubiani. Z reguły nie pracują, nikt ich nie zatrudnia, więc nie mają pieniędzy.

 

 

Językiem tubylców jest język sangu, a urzędowym francuski. Z powodu utrudnionego kontaktu słownego z miejscową ludnością, zajęłam się zmianami skórnymi, które stanowiły poważny i częsty problem zdrowotny dorosłych i młodych.

Większość moich opatrunków dotyczyła głębokich zmian skórnych na podudziach i stopach. Przyczyną były drobne pierwotne ukąszenia insektów, swędzące z wydzielaniem osocza, na które, po zaschnięciu, muchy składały jajka, a potem gnieździły się larwy. Taki stan nie opatrzony, ulegał pogorszeniu z tygodnia na tydzień. Tworzyła się centralnie martwica, brzegi rany unosiły się i występowała znaczna bolesność. Pacjentami byli młodzi, dorośli i dzieci, nawet 3-4 latki. Przychodzili rodzice z dziećmi, czasem rodzeństwo, po trzy do pięciu osób. Największe zmiany miały około 8x10 cm i bywały na obu nogach. Podstawą opatrunku było staranne oczyszczenie brzegów rany z podaniem płynów antyseptycznych, czasem antybiotyku na czysta ranę.

 

 

Wyzwaniem dla mnie było leczenie osób, które uległy poparzeniu na dużej powierzchni ciała, np. dziecko półtoraroczne miało poparzone plecy, pośladki, uda do kolan, krocze i częściowo skórę brzucha. Inny przypadek młodej kobiety – poparzenie całej twarzy, ramion, przedramion i dłoni z utratą końcówek czwartego i piątego palca prawdopodobnie w wyniku upadku do ognia w trakcie ataku padaczki.

Pod okiem doświadczonej misjonarki Kristin poduczyłam się jak w tych trudnych afrykańskich warunkach zachować zasady antyseptyki, z tak dużym ubytkiem skóry. Nasza pacjentka wyszła ze szpitala po dwu i pół miesiącach bez infekcji z czystą blizną.

Obserwowałam i pomagałam w trzech przypadkach zapalenia piersi u kobiet karmiących. Powodem tych dolegliwości był brak udrożnienia przewodów mlecznych. (brak edukacji o profilaktyce - masażu piersi, odciąganiu, brak odciągaczy).

Były też inne przypadki:

Jeden przypadek – stan po operacji usunięcia części gruczołu piersiowego wraz ze skóra, zagojony dopiero po dwu i pół miesiącach!

Drugi przypadek – ostrego zapalenia żołędzia u dwunastoletniego chłopca po obrzezaniu i zaciśnięciu sznurkiem z wrośniętym supłem.

Trzeci przypadek – zagnieżdżone w palcach obu stóp otorbione zmiany z insektami. Udało mi się usunąć je przy długim opatrunku Podczas dwugodzinnego zabiegu udało mi się je usunąć.  Sytuacja dotyczyła człowieka na wózku inwalidzkim, który czasami poruszał się na czworakach z brzuchem do góry i palcami stóp zawadzającymi o ziemie.

 Praca w przychodni i w pomieszczeniu zabiegowym na misji nie mogła odbywać się dłużej niż do zachodu słońca czyli do godz. 17–17.15, z powodu uszkodzenia przewodów elektrycznych.

 

 

W wolnych chwilach na terenie szpitala mogłam wykonywać zabiegi „pędzlowania” skóry u dzieci, które miały liczne drobne pęcherzyki skórne na szyi (głównie), ramionach, stopach, dłoniach. Pęcherzyki pękały, sączyły... Szpital leczył je bez efektu lekami na świerzb. Przemywanie skóry roztworem nadmanganianem potasu przynosiło poprawę, pęcherzyki wysychały. Skóra goiła się.

Do misji Kombonionów należy również budynek szpitalny Da-ti-ndoje dla dzieci wymagających rehabilitacji przed i po operacjach. Operacje ortopedyczne przeprowadza okresowo ortopeda z Francji dr Onimus.

W ośrodku „Da-ti-ndoje” przebywały dzieci z chorobami narządu ruchu, po operacji korekcyjnej koślawości kolan, po operacji przykurczu ścięgien w wyniku nieprawidłowego podania leku przeciwmalarycznego. Toksyczne lekarstwo Artemisan powoduje w miejscu podania trwałe uszkodzenie mięśni, ścięgna i nerwu. Dana kończyna jest niesprawna, dłoń nie zamyka się, stopa ulega zrotowaniu (obciążona jest zewnętrzna powierzchnia stopy), dziecko trwale utyka, „ciągnie” nogę i stopę, czy dłoń i ramie.

Kilka operacji dotyczyło przeszczepów skóry z brzucha na uszkodzone przykurczone miejsce po oparzeniu np. ręki, dłoni. Była też operacja korekcyjna rozszczepu wargi i podniebienia. Niestety opatrunki były rzadkie i infekcje bakteryjne ran powodowały częste rozejście się szwów.

Kilkakrotnie konsultowałam pacjentów z zapalnymi bólami stawów i zwyrodnieniem stawów. Zostawiłam informacje odnośnie leczenia sterydami, o zaletach i niebezpieczeństwie oraz skutkach przy długotrwałym ich stosowaniu.

Z troską patrzyłam na chłopca, po operacji koślawości obu kolan, u którego w wyniku ucisku gipsu doszło do uszkodzenia nerwu strzałkowego z zaburzeniem czucia i opadaniem stopy. Niestety nie było reakcji ze strony rehabilitanta na tą uwagę, aby rozluźnić ucisk. Byłam tam tylko gościem.

Obok przychodni i Da-ti-ndoje, należących do misji Kombonianów, w Mougoumba jest szpital państwowy. Zatrudnia dwóch tutejszych lekarzy. Szpital to cztery parterowe budynki:

1) dyrekcja i sala operacyjna

2) dwa pawilony dla chorych dorosłych - w tym oddział kobiecy z porodówką

3) pawilon obserwacyjny dla dzieci w tym również niedożywionych.

Z reguły pacjenci „chodzący” siedzą na zewnątrz budynków. Sale są dwu, cztero i sześcio-łóżkowe, ciemne. Nie ma krzeseł, szafek czy stolika. Łózka

są żelazne, cześć jest bez materacy. Ewentualnie pościel, koc może przynieść rodzina.

W Republice Środkowej Afryki nie ma ubezpieczenia zdrowotnego. Leczenie jest odpłatne. Łóżko w sali dwu-osobowej kosztuje 2500 (tutejszych koron)/dobę, w sali czteroosobowej to koszt 1500 (tutejszych koron)/dobę. Rodzina płaci osobno za: badania, za leki, zabiegi, zastrzyki i inne usługi. Pigmeje płaca 500 (tutejszych koron)/dobę lub nic nie płacą. Opieka chorego (mycie) i wyżywienie należy do jego rodziny. Po wyjściu chorego ze szpitala do rodziny należy pranie pościeli.

W szpitalu państwowym w Mougoumba możliwości diagnostyczne są bardzo skromne. Wykonuje się:

– badanie hematokrytu,

– próbę „paskową” na malarie,

– mierzy się temperaturę i ciśnienie.

Diagnoza i leczenie zależy od doświadczenia leczącego. Z reguły, gdy pacjent gorączkuje i ogólnie jest „chory” otrzymuje w kroplówce:

– Ceftriakson dwa x dziennie antybiotyk

– Dexamethason – steryd (na ciężki stan)

– Methronidazol duże dawki (na robaki)

– Paracetamol duże dawki

– witaminę B-complex

– iniekcję domięśniową Diclofenac - na bóle, u dzieci z biegunką i wymiotami, atropinę. Przy braku poprawy zmienia się antybiotyk.

 

Choroby przewlekłe i ciężkie najlepiej byłoby konsultować w stolicy Bangui. Problemem jest jednak daleki dojazd, brak komunikacji i koszty. Za wszelkie badania lekarskie: badanie rtg z opisem, za badanie krwi też się płaci. Szpital nie zapewnia choremu opieki pielęgniarskiej ani też jedzenia. Osoba towarzysząca musi o to zadbać, np. matka śpi przy dziecku, gotuje ciepły posiłek za murem szpitalnym.

Wielkim wydarzeniem na misjach był przyjazd pierwszego wyświęconego przez obecnego papieża Franciszka  - Kardynała Republiki Środkowej Afryki. Towarzyszył mu biskup z Włoch oraz cała świta. Zamieszkali w naszej misji.

Były też chwile pełne wzruszeń w kontaktach z najmniejszymi mieszkańcami.Szczególnie dzieci Pigmejów chodzące do szkoły przy parafii naszej misji, początkowo brudne, bose, w podartych bluzkach, spodenkach, o bystrych zaciekawionych oczach, oczekujących ciepła, zrozumienia, zadbania – zabrały część mojego serca. Przychodziły ukradkiem na misje pod moje okno i oczekiwały zainteresowania. Pokazywałam im mapy, bilety samolotowe, swoje dokumenty, zdjęcia w komórce, szczególnie interesował je zegarek. Cieszyło ich dotykanie moich jasnych włosów. Ale ponad wszystko chciały otrzymać piłeczkę „tenisowa” - niestety zabrakło dla wszystkich - rozdałam wcześniej 36 sztuki…Prałam im bluzki, spodenki, naprawiałam rozdarcia..

Zachwyciłam się piękną przyrodą, bogactwem roślin, drzew, kwiatów, wspaniałym słońcem i księżycem w zenicie, w nocy niebem pełnym gwiazd. Nocą słychać było harmonie dźwięków, jakby cały koncert puszczy: cykanie owadów, kumkanie żab,  świergot ptaków i odgłosy nieznanych stworzeń.

W naszym ogrodzie przy misji rosły przeróżne owoce: papaje, pomciter, avocado, banany, cytryny, pomarańcze, ananasy i inne. Były w zasięgu ręki - niestety jeszcze niedojrzałe.

 W sumie – bardzo pozytywnie oceniam swój pobyt w Mongoumbie – mimo początkowych trudności językowych.  Dzięki pozytywnemu nastawieniu i wykorzystaniu języka angielskiego oraz szybkiej nauce języka sangu, mogłam wykorzystać swój zapał do pomocy tamtejszym mieszkańcom. Cieszyłam się ich radościami, dzieliłam  ich smutki, w miarę możliwości  byłam  też dla nich lekarzem.

Helena Wanda Reinfuss

Spisane 26 stycznia 2019 r.