Agnieszka Wasilewska i Magdalena Mrozowska

Muli bwanji! Witamy z gorącej Zambii! Nazywamy się Agnieszka Wasilewska i Magdalena Mrozowska. Jesteśmy młodymi lekarkami z Łodzi i chciałybyśmy podzielić się z Wami wrażeniami z naszego dotychczasowego pobytu w Katondwe, małej afrykańskiej wiosce położonej nieopodal rzeki Luangua i granicy z Mozambikiem. Po kilkumiesięcznych przygotowaniach i dzięki pomocy Polskiej Misji Medycznej, Fundacji Redemptoris Missio, Izby Lekarskiej w Łodzi oraz wsparciu wielu ludzi dobrej woli w połowie listopada ubiegłego roku dotarłyśmy do Katondwe Mission Hospital. Jest to szpital prowadzony przez Siostry Służebniczki Starowiejskie, kierowany przez s.dr Mirosławę Górę, lekarza chirurga z Polski. Zgromadzenie to składa się zarówno z polskich jak i zambijskich sióstr zakonnych, których praca i zaangażowanie na rzecz pacjentów i całej lokalnej ludności naprawdę chwyta za serce.

W szpitalu pomoc znajdują potrzebujący nie tylko z Zambii, ale także docierają tu chorzy z Mozambiku i Zimbabwe. Czasem by tu trafić muszą oni pokonać nawet kilkaset kilometrów. Szpital składa się z oddziału żeńsko-dziecięcego, męskiego, zakaźnego, położnictwa, ambulatorium, bloku operacyjnego. Jest tutaj także ochronka dla kobiet ciężarnych oczekujących na poród, które przybywają z daleka, poradnia stomatologiczna, diagnostyka RTG i USG. Siostry prowadzą także przedszkole dla dzieci oraz cieszącą się znakomitą renomą w całej Zambii szkołę średnią dla dziewcząt. Szpital utrzymuje się w znacznej mierze z pomocy darczyńców z zewnątrz, dlatego przyjeżdżając tutaj przywiozłyśmy sprzęt medyczny przekazany przez Polską Misję Medyczną, a także materiały opatrunkowe, leki i fundusze  podarowane przez prywatnych ludzi oraz dochód ze zbiórki zorganizowanej w Parafii Św. Maksymiliana Marii Kolbe w Pabianicach oraz Parafii Archikatedralnej im. Św.Stanisława Kostki w Łodzi. Otwartość serc i hojność ludzi, wsparcie, jakie otrzymałyśmy przed wyjazdem przekroczyły nasze najśmielsze oczekiwania. Kochani, w imieniu swoim oraz całej społeczności Katondwe dziękujemy Wam wszystkim!!!

Na co dzień pracujemy w szpitalnych oddziałach i poradni, czasem pomagając na bloku operacyjnym przy znieczulaniu pacjentów i uczestnicząc w zabiegach. Magda, obecnie na specjalizacji z radiologii, dzielnie bada także pacjentów w gabinecie USG, gdzie przysyłani są zarówno pacjenci z oddziału, poradni jak i kliniki prenatalnej na badania okresowe kobiet w ciąży. Oprócz powszechnie występujących chorób, takich jak nadciśnienie, cukrzyca, choroby stawów czy zapalenia płuc, spotykamy tutaj również przypadki bardzo „tropikalne”. Widziałyśmy już m.in. pacjentów po ukąszeniach przez węże i skorpiony, pogryzieniu przez krokodyle, których tu naprawdę nie brakuje(!), przełomy w niedokrwistości sierpowatokrwinkowej, malarię, schistosomatozę. Ostatnio trafiła do nas także niespełna 3-letnia dziewczynka po połknięciu kilkucentymetrowej śrubki, która już szczęśliwie dochodzi do siebie po operacji. Widziałyśmy również pacjentkę z narkolepsją. Miałyśmy też okazję zajmować się ofiarami wypadku samochodowego, w którym doszło do zderzenia pojazdu z krowami (które potrafią chodzić sobie beztrosko po ulicy, podobnie jak wszechobecne tu stada kóz). Przychodzi wielu pacjentów po urazach i złamaniach, stałym punktem programu są także cesarskie cięcia, dzięki którym udaje się uratować naprawdę sporo dzieciaczków. Niestety wśród naszych pacjentów nie brakuje bardzo ciężkich chorób, takich jak gruźlica, zakażenie wirusem HIV, wirusowe zapalenie wątroby, kiła czy wiele zaawansowanych już chorób nowotworowych, nawet u młodych ludzi. Wrażeń oraz pracy zatem na pewno nie brakuje. Dodatkowo w ostatnich dniach w stolicy kraju, Lusace, wybuchła epidemia cholery, która przybiera coraz szerszy zasięg-liczba chorych sięgnęła już ponad 2,5 tysiąca i ciągle rośnie. Zamknięte są szkoły i kościoły, jest zakaz zgromadzeń oraz sprzedaży żywności na ulicy, zakopywane są studnie. Cały kraj podejmuje wszelkie środki ostrożności. U nas na razie nie było żadnego przypadku, całe szczęście, jednak personel szpitala już dostał instrukcje i standardy postępowania, w razie gdyby zaistniała konieczność interwencji.

W pracy na pewno nie pomaga upał, jaki potrafi naprawdę dawać się we znaki. W ciągu dnia temperatura zawsze sięga powyżej 30 stopni. Dziś wieczorem mamy wewnątrz naszego domku 35 stopni i ledwo żyjemy;p Mimo że jest obecnie pora deszczowa, deszcz nie bardzo chce padać; jednak kiedy już spadnie ulewa, kaloszki są niezbędne. Woda z łatwością zamienia w błoto czerwony piasek ziemi. Po ulewie potrafią pojawić się dodatkowe ilości wszelakich robali i insektów, których i tak jest tu wyjątkowo dużo, nawet jak na Zambię (Katondwe leży nad rzeką, do tego w dolinie, jest tu też odczuwalnie bardziej gorąco niż w reszcie kraju). Sucha gleba z szybkością wchłania każdą kroplę wody i po deszczu wybucha soczysta zieleń traw i roślin, co naprawdę cieszy oko. Przyroda w Zambii zachwyca i jest bardzo różnorodna. Nie brakuje egzotycznych gatunków drzew i kwiatów, a także zwierząt, w tym pięknie śpiewających ptaków i wesoło buszujących w gałęziach drzew małp, które są tu na porządku dziennym niczym nasze polskie wiewiórki. Wędrówka słońca warunkuje tu rytm dnia. Wschód mamy ok.5:30. Rano, gdy jest chłodniej, ludzie wstają wcześniej, by popracować zanim nadejdzie skwar. Po południu na chwilę wszystko jakby „zamiera” wraz z upałem, jest to czas na krótką drzemkę i regenerację sił. Słońce chowa się za horyzont po 18:30. Wieczorem znów wraca energia życiowa, w godzinach 19:00-22:00 pojawia się nawet prądJ Jest to dobry czas na ładowanie telefonów komórkowych oraz zrobienie prania, a także dokształcenie się w zakresie chorób, które pierwszy raz widzimy na oczy. Każdy wie jednak, że światła nie należy palić zbyt długo-z przyjściem nocy ciągną do niego insekty, których nazw i gatunków nie sposób ogarnąć umysłem. Chcąc nie chcąc- człowiek pakuje się do łóżka pod moskitierę, by uniknąć komarów, a jeszcze bardziej-malarii.

Życie w Zambii znacznie różni się od tego w Europie. Ludzie zmagają się tu nie tylko ze wspomnianymi chorobami, ale przede wszystkim z biedą i brakiem żywności. Często jedzą jedynie jeden posiłek w ciągu dnia, którym jest papka z mąki kukurydzianej (dla nas, „białych” czyli „muzungu”, smakuje ona mniej więcej jak zaprawa), ewentualnie trochę fasoli czy kapusty. Pracują przy połowe ryb, wyplataniu koszy i mat oraz zajmują się bardzo ciężką pracą w polu; kobiety czasem jednocześnie opiekując się kilgorkiem dzieci, te mniejsze dźwigając na plecach zawinięte w tzw. czitengę. Udając się nad rzekę, aby zrobić pranie czy łowić ryby, mieszkańcy są narażeni nie tylko na bytujące w wodzie przywry wywołujące bilharcjozę, ale także na ataki krokodyli, które potrafią się czaić tuż przy brzegu i z niesamowitą prędkością wyskoczyć w kierunku swojej ofiary. Problemem w znacznej części kraju jest brak prądu i bieżącej wody. Mimo to mieszkańcy zdają się nie tracić ducha; zasadniczo są oni bardzo serdeczni i tolerancyjni, uwielbiają śpiew i taniec (jakie oni mają poczucie rytmu i harmonii!), a ponieważ panuje tu model rodziny wielodzietnej i wielopokoleniowej, dużo czasu spędzają wśród swoich najbliższych.

Nasz dotychczasowy pobyt w Katondwe przynosi nam wciąż nowe doświadczenia. Jest dla nas wielką radością móc poznać afrykański kontynent wraz z jego bogactwem przyrodniczym i kulturowym, nie mówiąc już o tym ile nauczyłyśmy się podczas pracy z pacjentami, mimo że gościmy tu niecałe 2 miesiące. Wiele występujących tu chorób znałyśmy tylko z książek i opowieści. Uczymy się też radzić sobie w nowych warunkach, zawsze jednak jesteśmy otoczone ogromną troską i uwagą kochanych Sióstr, które niestrudzenie wprowadzają nas w tajniki medycyny tropikalnej, a przy tym dbają, by niczego nam nie brakowało i pomagają we wszystkim, zanim nawet zdążymy o to poprosićJ Dzięki nim i pielęgnowanym przez nie polskim tradycjom również Święta Bożego Narodzenia, choć przeżywane poza domem, były piękne i wzruszające. Cieszymy się, że z taką źródłem wielu małych radości. Zawsze to bardzo cieszy, kiedy uda się pomóc pacjentowi, gdy wychodzi on od nas uśmiechnięty, zadowolony, mówi że go już nie boli, że lepiej się czuje.

Jak to w życiu, bywają także małe trudności. Mimo że siostry wykonały naprawdę gigantyczną pracę, by zapewnić obecne standardy medyczne i wprowadziły wiele rewelacyjnych jak na tutejsze warunki rozwiązań, możliwości diagnostyczne i lecznicze są tu jednak w dalszym ciągu ograniczone. Brakuje możliwości zrobienia niektórych badań laboratoryjnych, takich jak ocena funkcji nerek, tarczycy czy poziomu elektrolitów. Nie ma tomografii komputerowej, która mogłaby wyjaśnić sporne przypadki czy pomóc przy urazach głowy ani endoskopii.  Bywają przerwy w dostawie prądu, jednak Siostry dzielnie walczą z brakiem elektryczności, montując baterie słoneczne w kolejnych skrzydłach szpitala. Nie zawsze też są dostępne odpowiednie leki. Wielu z nich nie byłoby w ogóle, gdyby nie trud Sióstr oraz dobrych ludzi, by sprowadzić je z Polski. Prawdziwym wyzwaniem jest też zaopatrzenie banku krwi, która przywożona jest aż z Lusaki oddalonej o 260km, podobnie jak większość produktów i żywność. Czasem karkołomne jest też porozumiewanie się z pacjentami-część z nich mówi płynnie po angielsku (jest to język urzędowy), jednak większość mówi w językach plemiennych, w naszym regionie zazwyczaj w języku nyanja.Bez pomocy personelu szpitala nie miałybyśmy szans się z nimi dogadać. Zresztą, samego personelu również brakuje (S. Góra jest jedynym lekarzem w całym szpitalu!). Dla nas najgorsze są momenty, gdy przychodzą pacjenci w bardzo ciężkim stanie, z rozsianymi chorobami nowotworowymi, nieleczonym AIDS, kiedy już niewiele można dla nich zrobić. Trudno jest też pogodzić się z faktem, że wielu pacjentów w warunkach europejskich mogłoby otrzymać pomoc dzięki zaawansowaniu medycyny i odpowiedniemu sprzętowi, tutaj jednak nie mają oni takiej możliwości. Czasem są to bardzo młodzi ludzie. Tym bardziej wzrasta nasz podziw dla Sióstr i całego personelu szpitala, który mimo trudności podejmuje codziennie na nowo swoją misję pomagania potrzebującym i nie słabnie w niesieniu ulgi w cierpieniu jak to tylko możliwe, wszystkimi dostępnymi tu metodami. Ich kompetencje potrafiłyby zawstydzić niejednego lekarza specjalistę.

Afryka w ogóle zadziwia. Zadziwia niebo, które w nocy rozświetlają miliony gwiazd, a konstelacje można by odrysować ołówkiem, tak dobrze są widoczne. W dodatku niebo i księżyc wyglądają inaczej, niż z półkuli północnejJ Zadziwiają kąpiące się w rzece hipopotamy. Zadziwiają kobiety wychowujące całe gromadki dzieci (średnio w wieku ok.30 lat kobieta ma ich już ok.pięciorga). Zadziwia nawet „gulgulek” w zlewie, który tutaj kręci się w drugą stronę! (A zatem siła Coriolisa naprawdę istnieje:)) Różnica w długości dnia i nocy wynosi jedynie pół godziny w ciągu całego roku. Baobaby mają przepiękne kwiaty, a ich owoce są podobne do cytryn i używane do przygotowywania orzeźwiającego napoju. Za to nie rosną tu jabłka (jedna z sióstr Afrykanek wyznała mi któregoś dnia, że przecież jabłka rosną w krajach, gdzie jest baaardzo, bardzo zimno;)). Mimo to okazuje się, że jabłka importowane są z Egiptu. A dżem, tak jak i my-z Polski.

Zatem nasza afrykańska przygoda wciąż trwa. Mimo że życie w naszej wiosce jest spokojniejsze niż w dużych europejskich miastach, to jednak okazuje się, że czas również płynie szybko. Wiele już za nami, ale zdążyłyśmy się przekonać, że tutaj każdy dzień może naprawdę zaskoczyć. Do wyjazdu jeszcze trochę-wracamy z początkiem lutego, niemniej już teraz składamy wyrazy naszej wdzięczności za wszelką pomoc i wsparcie okazaną nie tylko nam, ale także naszym braciom i siostrom z południowej półkuli. Wasza troska o nich przyniosła wiele wzruszeń również i nam. Jest piękno i dobro w ludziach! Czasem wydaje się, że to, co robimy, to kropla w morzu, przecież nie naprawimy całego świata. Ale pomaga myśl, że czasem udaje się naprawić świat jakiejś jednej osoby.