Moje trzy miesiące pobytu w Kamerunie

Moje trzy miesiące pobytu w Kamerunie

Trzy miesiące to krótko i długo. Za krótko, by pomóc wszystkim potrzebującym, pojechać na wszystkie wioski i tam usuwać zęby, by zobaczyć wszystkie interesujące miejsca w okolicy. Ale wystarczająco długo, by zaprzyjaźnić się z mieszkańcami, zatrzymać się i zobaczyć, że najważniejszą chwilą którą przeżywam, jest TERAZ; by uczyć się radości z życia mimo wielu trudności.

Dziecko z sierocińca niedaleko Abong-Mbang

Mój wylot do Kamerunu nie był planowany na długo wcześniej. Miałam przed sobą perspektywę rozpoczęcia pracy po stażu dyplomowym. Pojechałam na ŚDM do Krakowa, gdzie spośród wielu pięknych treści usłyszałam zdanie, które wyryło się w moim sercu „Bóg błogosławi waszym marzeniom!” Uświadomiłam sobie, że zakładanie własnej działalności to niekoniecznie moje marzenie, lecz od dwóch lat był nim wyjazd na misje. Pan Bóg mi pobłogosławił, udało mi się w czasie pozałatwiać wszystkie sprawy i już 3 października byłam w samolocie do Kamerunu.

      

Już od pierwszych godzin na czarnym lądzie (a raczej czerwonym lądzie – ziemia w Kamerunie jest czerwona ze względu na występujące tam gleby laterytowe) doznawałam „porażenia zmysłów”. Ciepłe, wilgotne powietrze, tłumy ludzi na ulicach, porozstawiane stragany wzdłuż drogi, mnóstwo rozklekotanych żółtych samochodów - taksówek, co chwila używających klaksonu, przeciskający się ludzie między samochodami, kobiety w pięknych kolorowych sukniach. W drodze do Abong-Mbang bujne, gęste lasy równikowe, plantacje ananasów, bananowce. Na bramkach, gdzie dokonuje się opłatę za przejazd asfaltową drogą dzieci sprzedające pokrojone owoce,  szaszłyki z wołowiny lub z robaków żyjących w pniu palmy (vers blancs). Ludzie zgromadzeni przed swoimi domami, popijający sok z palmy, dzieci bawiące się zaimprowizowanymi zabawkami… Wszystko mi mówiło, że AFRYKA ŻYJE!

Szaszłyk z vers blancs

 

Praca

Praca w gabinecie na początku nie była zbyt intensywna, już w drugim tygodniu pobytu doznałam realiów afrykańskich – piorun uderzył w naszą przychodnię, zepsuł przetwornicę napięcia od baterii słonecznych, z miasta nie było prądu… Jedyne co mogłam robić, to usuwać zęby z latarką czołówką na głowie: do czasu, gdy pojawi się prąd z miasta lub gdy ktoś z Polski nie przywiezie nowej przetwornicy. By optymalnie wykorzystać swój czas, pięciokrotnie zamykałam gabinet dentystyczny i udawałam się na wioski, by tam udzielać pierwszej pomocy dentystycznej. Praca w miejscach oddalonych o 100, 150, 300 kilometrów była prawdziwą misją.

Abong-Mbang, w drodze do gabinetu

Miałam świadomość, że pacjenci ci od lat cierpią z powodu bólu zęba, bo nie mają możliwości przyjechać do tak odległego gabinetu… Szczególnie że droga była fatalna (tylko 50 km asfaltu), a reszta to piękna czerwona ziemia: w porze deszczowej często nieprzejezdna ze względu na błoto lub stojące ogromne kałuże, w porze suchej zaś częstująca przejezdnych czerwonym pyłem, zalepiającym drogi oddechowe (główny sposób przemieszczania się to motor).

Taka radość

Miałam więc ręce pełne roboty, ekstrakcje nie należały do najłatwiejszych (połamane korzenie, schowane pod dziąsłem złamane ósemki). Kilkakrotnie byłam wyczerpana po pracy w takich warunkach, lecz wdzięczność pacjentów rekompensowała wszelkie zmęczenie. W jednej miejscowości, tuż przy granicy z RCA, rozdałam dzieciom szczoteczki do zębów, a one brały je do buźki zapakowane, nie wiedząc, jak się ich używa… Były bardzo zaciekawione moją pracą (pracowałam na zewnątrz, więc stawały niedaleko by się przyglądać), przychodziły oglądać duży model zębów i bawiły się nim. Pewnie pierwszy raz w życiu widziały dentystę!

Dzieci, które otrzymały szczoteczki

Gdy miałam prąd w gabinecie (z miasta lub z baterii słonecznych), mogłam leczyć zęby, usuwać kamień nazębny. Każdą rozmowę rozpoczynałam od instruktażu higieny jamy ustnej, modyfikowałam sposób szczotkowania. Musiałam się wiele „nagadać”, że korzeń pozostający w jamie ustnej, mimo że nie boli, nie jest oznaką zdrowia tego zębai trzeba go usunąć.

Gabinet w Ndelele tuż pod granicą z RCA, wszyscy uśmiechnięci po udanym zabiegu

Kilkakrotnie szłam do pobliskiej szkoły podstawowej prowadzonej przez s. Alicję, by przeprowadzić lekcję higieny jamy ustnej. Na początku pytałam dzieci jak i kiedy myją ząbki, na modelu pokazywałam jak zrobić to prawidłowo, następnie uczyłam je piosenki „Szczotka, pasta, kubek, ciepła woda”, którą wcześniej przetłumaczyłam na język francuski, po czym wszyscy razem szliśmy przed szkołę myć ząbki. Tam już w praktyce modyfikowałam sposób szczotkowania i robiłam przeglądy jamy ustnej dzieci. To była wielka frajda i dla mnie i dla dzieci! Maluchy sześcio- i siedmioletnie, od których zaczęłam, od razu załapały nowości i codziennie rano, jedząc śniadanie, słyszałam jak pięknie śpiewają tą piosenkę. Po kilku dniach ponownie przychodziłam do klasy i sprawdzałam, czy stosują się do zaleceń i każdemu dziecku wręczałam w nagrodę lizaka.

Wspólne szczotkowanie zębów z najmłodszymi dziećmi ze szkoły

 

Poza pracą radość, życia!

Dostrzegalna na każdym kroku bieda kontrastowała z niesamowitą radością mieszkańców. Zaciekawiona tym widokiem, chciałam poznać lepiej tamtejszą kulturę. Zaczęłam śpiewać w chórze parafialnym, tam zaprzyjaźniłam się z młodymi z okolicy, nauczyłam się śpiewać w językach plemiennych: Ewondo, Maka, Bamileke, Badżue, uczyłam się tańczyć, poznawałam miejscowe zwyczaje.

 

Taniec tradycyjny w trakcie akademii szkolnej

Miałam okazję uczestniczyć w uroczystościach pogrzebowych (które często są bardziej radosne niż niejedno wesele w Polsce), w akademii szkolnej (która ma niewiele wspólnego ze staniem na baczność i senną atmosferą), w rocznicy 25-lecia pobytu sióstr Duszy Chrystusowej w Djouth we wschodnim Kamerunie, tam tańczyć z Pigmejami.

W cieniu kakaowca

Uczyłam się przygotowywać potrawy kameruńskie, obierałam ziarna kakao, poszukiwałam hipopotamów, spływałam pirogą rzeką Dja, unikając spotkania z krokodylem, podglądałam goryle i szympansy w „sanktuarium małp”. Wszystkie te doświadczenia pokazały mi energię życia, życia na 100%. Kilka lat temu mój znajomy, mały brat Jezusa - Kazek życzył mi „więcej życia w latach niż lat w życiu”. Te piękne życzenia po pobycie w Afryce jeszcze bardziej chcę wcielać w życie!

  

W trakcie świętowania 3 rocznicy śmierci męża pani z lewej strony

 

Przygotowanie potraw na uroczystość 25-lecia Sióstr w Djouth przez miejscowe kobiety

 

W trakcie przygotowywania afrykańskiej potrawy mbongo – ucieram kamieniem czosnek i orzechy

 

Dzieci w trakcie loterii fantowej (zabawki zebrała wolontariuszka Monika w szkole w Polsce)

 

3 małpki

Kardynał Stefan Wyszyński powiedział: „Jedni mówią: czas to pieniądz, a ja wam mówię: czas to miłość! Pieniądz jest znikomy, a miłość trwa!” Wolontariat w Kamerunie był pięknym doświadczeniem miłości… Troszkę dałam z siebie, a otrzymałam wielokrotnie więcej! Dziękuję

Z Pigmejami