Ewelina Walkowiak i Artur Chmielewski

„Muzungu, muzungu daktari”słychać wołanie z każdego afrykańskiego kąta w buszu. Odwracamy się z uśmiechem by powitać kolejnego pacjenta w naszym Divine Mercy Dispensary. Choć żadne z nas nie skończyło 6 lat studiów medycznych dla kenijczyków byliśmy, jesteśmy i zawsze będziemy białymi doktorami...

A wszystko rozpoczęło się 4 października 2014 roku, kiedy to jako wolontariusze Fundacji Pomocy Humanitarnej Redemptoris Missio po raz pierwszy postawiliśmy stopę na kenijskim równiku. Kenia należy do najbardziej zróżnicowanych językowo i kulturalnie krajów Afryki. Żyje tu około 30 grup plemiennych posługujących się innymi językami, przy czym u niektórych plemion występują różnice dialektowe, stąd mówi się o istnieniu około 44 języków. Co prawda językami urzędowymi są: angielski i suahili, jednak wystarczy wyjechać poza tereny dużych miast, a szybko okaże się, że jedyną formą porozumiewania się z miejscową ludnością są gesty i mowa ciała.

Misja Sióstr Św. Rodziny znajduje się około 5h drogi od stolicy kraju Nairobi. Przyklejamy nosy do szyb i pochłaniamy każdy obraz z osobna. Droga wije się wśród pagórków porośniętych kawą, herbatą i bananowcami. Soczysta zieleń pięknie odbija czerwień laterytowej ziemi, a pobocze razi przeróżnymi kolorami szkolnych mundurków. (Od roku 2002, kiedy to rząd wprowadził darmową podstawową edukację widok dzieci, zmierzających – często kilometrami – ze szkoły do domu jest codziennością.) Kolorowe dzieci mieszają się z jeszcze bardziej z barwnymi straganami z papajami, awokado i niezliczona ilością bananów. Kithatu, wioska w której mieszkamy znajduje się nieopodal najwyższego szczytu Kenii- Mount Kenia 5199 m n.p.m. Mieszkańcy wioski trudnią się głównie rolnictwem i uprawą bydła. Mieszkaliśmy u Sióstr Misjonarek Św. Rodziny, których matką przełożoną jest Polka- Siostra Dariana Jasińska. Niesamowita misjonarka, która wcześniej pracowała w Zambii a obecnie kieruje misją w Kithatu. Siostra Dariana z wykształcenia jest pielęgniarką, jednak na miejscu zajmuje się dosłownie wszystkim. Siostry prowadzą żłobek, przedszkole oraz szkołę podstawową. Pracę z dziećmi zaczynały we własnej kuchni, gotując na ognisku w jednym garnku, obecnie pod ich opieką pozostaje blisko 315 dzieci. Zewsząd na misji roznosi się radosny śmiech szczęśliwych dzieci. Siostry stworzyły dla nich prawdziwy azyl, w którym choć na parę godzin mogą cieszyć się prawdziwym dzieciństwem. Opuszczając mury misji wracają do smutnej rzeczywistości obarczonej odpowiedzialnością i często zbyt szybkim dojrzewaniem. Poza tym na misji znajduje się przychodnia zdrowia- miejsce w którym spędzaliśmy najwięcej czasu. Pracowaliśmy w zespole 7 osobowym w skład którego wchodzą dwie Siostry zakonne, będące pielęgniarkami- S. Irine oraz S. Leah, miejscowa pielęgniarka Ester, rejestratorka medyczna Rebeka, laborant Madhado oraz my Artur ratownik medyczny, pielęgniarz oraz Ja  Ewelina położna. Pewnie wielu z Was zapyta: a gdzie lekarz? Jak w licznych miejscach w Afryce, tak też i w Kenii obserwuje się niedobór kadr medycznych. Dlatego, pracujące w przychodni Siostry pełnią funkcję lekarza pierwszego kontaktu, pediatry, ginekologa oraz chirurga. Przeprowadzają wywiad z pacjentem, kierują na badania, wykonują przeróżne interwencje medyczne oraz przepisują leki. Pracowaliśmy od poniedziałku do piątku od 8:00 do 17:00, w soboty od 8:00 do 13:00. Nasi pacjenci cierpieli zwykle z powodu malarii, ameby, tyfusu plamistego, licznych parazytoz przewodu pokarmowego,gruźlicy, pcheł pustynnych wywiercających dziury w stopach, infekcji uszu oraz trudno gojących się w afrykańskich warunkach ran. Niestety, wielu pacjentów nie zna języka suahilli, dlatego też zmuszeni byliśmy zaznajomić się z językiem lokalnym. Używają tutaj języka Kimeru, który jest charakterystyczny dla mieszkańców okolicznych wiosek. Głównym wrogiem z którym prowadziliśmy regularną wojnę był krwiożerczy zarodziec malarii- plasmodium falciparum. W porze deszczowej okres wylęgania komara ulega przyspieszeniu przez co liczba zarażonych komarów jest zatrważająca. Codziennie do przychodni trafiało kilkunastu pacjentów z wysoką parazytemią. W przypadku nieskomplikowanej malarii zazwyczaj wysyłaliśmy pacjentów do domu z moskitierą, zapleczem leków antymalarycznych, przeciwbólowych i przeciwgorączkowych. Zdarzało się jednak tak, że gorączka szczególnie u dzieci była zbyt wysoka i trudna do zbicia. Wtedy nasza mała przychodnia zmieniała się w mały szpital a pacjenci leżeli wszędzie tam gdzie tylko znajdowaliśmy dla nich miejsce. Parę razy zorganizowaliśmy również akcję wyjazdowe do tych pacjentów, którzy z jakiś powodów nie byli w stanie do nas dotrzeć. Jedna z nich odbyła się w ramach programu „Kick Polio Out of Africa”. W Afryce wciąż spotyka się dzieci cierpiące na ostre nagminne porażenie dziecięce wywołane przez wirusa polio, postanowiono wprowadzić program eradykacji tego wirusa. Założenia WHO, UNICEFU, UE oraz Kenijskiego czerwonego krzyża są takie, iż w 2018 problem wirusa polio nie będzie już dotyczył Kenii. Innym razem na miejsce pracy zaadaptowaliśmy pobliski kościół, w którym to zbudowaliśmy prowizoryczną klinikę. W Polsce urząd BHP, oraz sanepid nie wydałby pozwolenia na działalność medyczną w takim miejscu. Ale tu nic nie jest takie jak w Polsce czy w Europie. Więc aby cokolwiek zrozumieć, trzeba zmienić sposób myślenia. Wyłączyć europejskie pojmowanie świata. W takich sytuacjach medycyna staje się instynktowna, musisz polegać wyłącznie na własnych zmysłach i połączyć wszystko w jedną spójną całość. W każdy poniedziałek, środę oraz piątek przyjmowaliśmy matki z dziećmi na wizyty patronażowe i szczepienia. Zazwyczaj staramy się działać według wcześniej zaplanowanych schematów jednak zdarzało się również tak, że sytuacja w naszej przychodni zmienia się w przeciągu sekundy, dlatego musimy być przygotowani na wszystko. Jednym z naszych działań priorytetowych była pomoc Siostrom w otwarciu porodówki. Wiele kobiet w wiosce wciąż rodzi we własnych domach, nic w tym dziwnego, z tym, że niestety nie przestrzegają podstawowych zasad higienicznych, często doprowadzając do ciężkich infekcji u nowo narodzonych dzieci. Prace na oddziale porodowym zakońćzyliśmy w grudniu, chwilę poźniej udało nam się zakupić również niezbędny sprzęt. Aktualnie pozostało nam tylko pozamykać parę spraw formalnych w tym jedną z najważniejszych- uzyskać dofinansowanie dla wszystkich rodzących kobiet, by te nie musiały płacić za coś, co im się zwyczajnie należy. Podcasz naszego pobytu w przychodni urodziła się 6 maluchów. Ze względu na brak nadzoru medycznego nad kobietami ciężarnymi, każdy poród okazuje się być wielkim znakiem zapytania. Kobiety badamy przy pomocą dłoni, wsłuchując się w ich ciała. Przbieg porodu w warunkach afrykańskich różni się diametralnie od tych, które mieliśmy okazję obsrewować na studiach. Nasze pacjentki praktycznie aż do ostatniej chwili spacerują pomiędzy bananami lub zwyczajnie pracują sprzedając owoce. Przychodzą często w ostatniej chwili, nie dając po sobie poznać krzty bólu. Niestety, wielokrotnie byliśmy świadkami porodów skomplikowanych oraz śmierci matki po porodzie. Z dnia na dzień do naszej przychodni zaglądało coraz więcej pacjentów. Przychodzili by uścisnąć nam dłoń czasami nawet kilkadziesiąt kilometrów. Każdego dnia staraliśmy się odpowiadać na wszystkie ich potrzeby,  a Ci odwdzięczali się szerokim uśmiechem i radością w oczach. Wielokrotnie po udanym leczeniu otrzymywaliśmy siatki przepełnione mango, papajami a raz nawet żywą kurę!

Ze względu na szalenie uciekający czas oraz surowe zasady emigracyjne, po sześciu miesiącach zmuszeni byliśmy opuścić nasze miejsce pracy. W związku z tym udaliśmy się do pobliskiej Zambii, gdzie Siostry Misjonarki Św. Rodziny prowadzą hospicjum. Miejsce to jest o tyle wyjątkowe, że w jednym miejscu łączy życie i śmierć. W Cheschire Homes mieszkają chłopcy ulicy oraz cierpiący z powodu nowotrorów, HIV, osamotnienia, niepełnosprawni staruszkowie. Kiedy dotarliśmy na miejsce, okazało się, iż na miejscu nie pracuje żaden medyk a pacjenci przyjmują tony leków! Zatem przez dwa miesiące pełniliśmy opiekę medyczną nad mieszkańcami domu ale również wykonywaliśmy wszystko co tylko było potrzebne. W miejscu w którym spodziewaliśmy się bólu, łez i nieustannego cierpienia, odnaleźliśmy młodość, spontaniczność, siłę ducha i prawdziwą miłość. W dzień naszego wyjazdu byliśmy świadkami ślubu dwóch naszych podopiecznych Ba Shaibu oraz Ba Lilian. Wspomnianą dwójkę łączy nie tylko prawdziwe uczucie ale również to, że razem umierają na nowotwory złośliwe. Jak widać na miłość nigdy nie jest za późno!

Afryka uzależnia...i to tak mocno, że w połowie września dzięki Fundacji Redemptoris Missio oraz konkursowi Wolontariat Polska Pomoc 2015 wyjeżdżam po raz trzeci na afrykańską ziemię. Tym razem kontynuujemy działania związane z otwarciem porodówki w małej wiosce w Kenii. W tym miejscu chcielibyśmy podziękować wszystkim tym, którzy przyczynili się do tego, że mieliśmy szansę pomagać przez blisko 9 miesięcy na równiku! Wszystkim tym, którzy pomogli i również stali przez to misjonarzami bardzo dziękujemy w imieniu naszych pacjentów! Szczególne podziękowania kierujemy również dla tych wszystkich, którzy biorą udział w akcji „Opatrunek na ratunek”. Mieliśmy to szczęście, że trafiło do nas 6 paczek pełnych bandaży i opasek elastycznych. Tutejsze materiały opatrunkowe nie sprawdzają się w gorącym, suchym klimacie, powodując więcej odparzeń i szkód. Bardzo dziękujemy za podarowane bandaże, które poprawiają jakość życia naszych pacjentów!

 

Bardzo dziękujemy za otwarte serca!

Przesyłają Ewelina Walkowiak i Artur Chmielewski