Michał Rudnicki i Dawid Maison

21 lipca 2015 roku ostatni z 4 samolotów w których spędziliśmy ostatnie 2 dni dotknął płyty lotniska w Madang. Pierwsza myśl- jesteśmy na końcu świata! Z nieba lał się tropikalny żar, dookoła palmy, niesamowicie czyste wody oceanu a na niebie stada gigantycznych nietoperzy, zza drzew i nielicznych baraków lotniska wygladali mieszkancy, wyraźnie zainteresowani białym człowiekiem. To Papua- Nowa Gwinea, jak przekonalismy się wkrótce- kraj niespodzianek. Z perspektywą 3 miesiecznego pobytu w rzeczywistości tak odmiennej niż ta którą znamy i pracy z tutejszymi chorymi ruszyliśmy na spotkanie misjonarzy, wśród których mieliśmy spędzić ten czas.

Zamieszkalismy w domu Braci Werbistow, gdzie poznalismy wspaniałych misjonarzy zarówno takich, którzy są na początku swojej drogi jak i "weteranow" którzy większa część życia poświęcili pracy wśród papuaskich ludów. Byliśmy bardzo zaskoczeni jak wielu polskich misjonarzy pracuje na PNG.  Chociaż szok kulturowy był wciąż olbrzymi ruszyliśmy do pracy. Z SVD House gdzie mieszkaliśmy do szpitala droga była krótka, jednak pełna  zaszokowanych spojrzeń i okrzyków lokalnych, dla których biały człowiek to spora egzotyka.

Modilon General Hospital- jedyny szpital w prowincji Madang, co oznacza że obsługiwać musi populację ponad pół miliona mieszkańców. To w połączeniu z brakiem personelu medycznego i sprzętu który w Polsce wydaje sie niezbędny dało nam niesamowite pole, tak do pomocy jak i do nauki. Sam szpital wyglądał niepozornie, zespół baraków i kilku murowanych budynków w których rozmieszczone były łóżka w szeregach po obu stronach centralnej sali. Po szybkim wprowadzeniu, zapoznaniu ze strukturą placówki, ubralismy chirurgiczne uniformy i ruszyliśmy na Emergency ( izbę przyjęć) gdzie mieliśmy spędzić pierwszy miesiąc.

Miejscowi lekarze i pielęgniarki choć nieliczni i przepracowani, z olbrzymią życzliwością pomogli nam wdrożyć się w system którego częścią mieliśmy się stać. A było się czego uczyć, bo jednostki chorobowe jak i postępowanie nieraz były zupełnie inne niż te których nas uczono. I tak stanęliśmy na pierwszym froncie walki z chorobą i niesienia pomocy medycznej w kraju tropikalnym.  Poczekalnia naszego emergency była zawsze przepełniona, jednak najcięższe przypadki zwiastowało pukanie do metalowych, tylnych drzwi. Wśród problemów z jakimi się zmagalismy na pierwszym miejscu była przemoc. Każdego dnia zaopatrywalismy głębokie rany i amputacje zadane maczetą, często wymagające zabiegu na sali operacyjnej. Spory odsetek pacjentów stanowiły kobiety będące ofiarami przemocy domowej, pobite i pocięte nożem oraz ofiary rascals (bandytów), którzy w biały dzień atakowali przechodniów i napadali na samochody. Maczete można było nabyć w każdym sklepie i niemal każdy nosił ją przy sobie, co w połączeniu z alkoholem i wybuchowym, papuskim temperamentem znajdowało odzwierciedlenie w naszej poczekalni. Nie mniej było urazów, tym ulegały zwłaszcza dzieci, oraz chorób zakaźnych i pasozytniczych- gruźlica, AIDS, malaria.

Po miesiącu pracy na izbie ruszyliśmy na inne oddziały- ortopedyczno-chirurgiczny oraz ginekologiczno- położniczy. Do naszych obowiązków należała m.in. asysta do operacji, codzienne badanie i pielęgnacja chorych, zaopatrywanie złamań, drobne zabiegi-chirurgiczne, odbieranie porodów i opieka nad noworodkami oraz matkami.

Poza codzienną pracą w szpitalu udało zorganizować się kilkudniowy wyjazd z pomocą medyczną na wyspę Karkar, oddaloną godzinę drogi łodzią od wybrzeży Madang. Znajduje się tam mały szpital, przez który przewinęło się wielu lekarzy jednak żaden ja stałe. Wraz z br dr Jerzym Kuźmą, lekarzem i naszym opiekunem, przeprowadzilismy badania przesiewowe i kilka operacji na wyspie oraz szkolenie dla lokalnych studentów pielegniarstwa.

Udało się również zorganizować serię szkoleń dla młodzieży z Madang i personelu medycznego m.in. z pierwszej pomocy, badania przedmiotowego czy profilaktyki chorób zakaźnych. Dzięki pomocy projektu MSZ "Wolontariat- Polska Pomoc" zakupiliśmy dla szpitala podstawowy sprzęt, jak stetoskopy, glukometry czy cisnieniomierze.

Każda ludzka historia, wszyscy którym udało się pomóc i którzy pomogli nam, czegoś nas nauczyli. Mimo wielkich różnic kulturowych okazało się że mamy wiele wspólnego, mamy nadzieję że kiedyś uda sie powrócić do " kraju niespodzianek".