Marta Stankiewicz i Ewelina Walkowiak

Raport położnych z Czarnego Lądu

Podłoga pokryta jest źdźbłami aromatycznej trawy i soczyście różowymi kwiatami hibiskusa. Zajmujemy miejsca na trawiastym dywanie niecierpliwie czekając wśród woni kadzidełek i dymu z ogniska na odkrycie nieznanego dla nas smaku prawdziwej, świeżo palonej kawy. Napar po długim czasie nareszcie nabrał odpowiedniej barwy, gęstości i zapachu. Dżebenę unosi się wysoko ku górze i rozlewa kawę do malutkich filiżanek. W etiopskiej tradycji gościa częstuje się zawsze trzema filiżankami- odmówienie wypicia chociaż jednej z nich byłoby wyrazem pogardy dla gospodarza.

Pierwsza filiżanka to abol- jest zauroczeniem, gwałtowną emocją: podnosi ciśnienie, otwiera umysł i duszę, skłania do wymiany zdań. Możemy pochłonąć ją w jednej chwili lub, tak jak miejscowi, delektować się nią przez dłuższą chwilę. Zderzenie z tym smakiem wywołuje u nas zaskoczenie, poraża kupki smakowe. 

Gospodyni niezauważenie napełnia dżebenę po raz kolejny wodą i stawia ją na ogniu. Ponownie napar rozlewany z wysokości wypełnia naszą drugą filiżankę. Ta nazywa się t’ona. Ku naszemu zdziwieniu jest słabsza od pierwszej, gdyż do naparu nie dodano nowych porcji ziaren. Zmielonych ziaren. Nasze zmysły już nie szaleją, nie ma już smaku nowości, więc kontemplujemy każdy łyk, dumając nad problemami tego świata.

Rozmowa toczy się dalej, ludzie stają się sobie bliżsi, nie zwracając uwagi na to, że właśnie częstuje się ich kolejną ostatnią już filiżanką- baraka, co w języku amharskim oznacza błogosławieństwo. Wesołe głosy i śmiechy milkną, gdyż baraka jest błogosławieństwem w naszej dalszej drodze, spożywamy ją w milczeniu.

Jako wolontariuszki „Redemptoris Missio” oraz laureatki konkursu „wolontariat Polska pomoc 2013” miałyśmy szansę przez trzy miesiące pracować wśród najuboższych mieszkańców Etiopii.

Niektórzy Etiopczycy twierdzą, że gdy Bóg tworzył świat, zaczął od ich kraju, obdarowując go niespotykanej urody krajobrazami, doskonałym klimatem i bogactwem natury. Czy słusznie?

Etiopia to kraj niezwykły, jedyny w Afryce poza Egiptem z tak bogatą historią i oryginalną, trwającą od wieków kulturą. Jest bardzo różnorodna. Północ to ostoja chrześcijaństwa, dzięki czemu Etiopia nazywana bywa wyspą czarnego chrześcijaństwa, otoczoną morzem islamu. Jadąc na południe, znajdziemy się w prawdziwej czarnej Afryce, gdzie czas zatrzymał się wiele wieków temu. Muzułmański Wschód od wieków pozostawał pod wpływem narodów Półwyspu Arabskiego. W Axum przechowywana jest legendarna Arka Przymierza, czyli tablice, które Mojżesz otrzymał od Boga. Nikt jej jednak nie może zobaczyć, poza wyznaczanym strażnikiem, który pełni tę funkcję przez całe swoje życie.

Etiopia (dawniej nazywana również Abisynią) to państwo położone we wschodniej Afryce, w tak zwanym Rogu Afryki (Półwysep Somalijski). Kraj ten graniczy z Kenią (na południe), Sudanem i Sudanem Południowym (na zachodzie), Dżibuti i Somalią (na wschodzie) i Erytreą (na północy). Stolicą państwa jest Addis Abeba, a językiem urzędowym amharski. To parlamentarna republika federalna, w której głową państwa jest prezydent, a na czele rządu stoi premier i to on ma rzeczywistą władzę.

Historia Etiopii zaczyna się wraz z naszym przodkiem- Lucy. Żyła ona przed 3,2 miliona lat w miejscu nazywanym dziś Doliną Awash w Hadar. Szkielet “Lucy” odnaleziono w 1974. Jej naukowa nazwa to Australopithecus afarensis. Pierwsze słowo znaczy: południowa małpa człekokształtna, drugie, że została odkryta w regionie Afar. Etiopczycy nazywają ją “Dinqnesh” czyli piękna.Prawdopodobnie żyła nie dłużej niż 20 lat, ważyła poniżej 30 kilogramów, miała trochę ponad metr wzrostu. Jej szkielet można oglądać w Muzeum Narodowym w Addis Abebie. Skąd wzięło się imię Lucy?

Donald Johansson, antropolog z Uniwersytetu w Chicago, który ją odkrył opowiadał: “Ta mała kobieta z pewnością pochodziła z wielkiego rodu i zasługuje na własne imię. Kiedyś wraz z całą ekspedycją usiedliśmy w kręgu słuchając piosenek Beatelsów. Ktoś wtedy powiedział: “Nazwijmy ją Lucy!” Jak w piosence “Lucy in the Sky with Diamonds”. Tak narodziła się Lucy. I choć dziś odkryto o wiele starsze ślady naszych przodków, żaden nie stał się tak popularny jak ta pra…celebrytka.

Czytając te niesamowite opowieści o tak różnorodnym kulturowo miejscu, długo się nie zastanawiając spakowałyśmy walizki by na trzy miesiące stać się małą częścią historii tego kraju.  Jako wolontariuszki przez blisko 100 dni pracowałyśmy w przychodni w Dilla na Południu Etiopii. Byłyśmy gośćmi Sióstr Salezjanek, które mimo, iż każda z nich jest innej narodowości, tworzyły wspólnie z nami wielką etiopską rodzinę. 

W Klinice Don Bosco codziennie przyjmowałyśmy od 100 do 150 pacjentów. Oficjalnie pracowałyśmy od poniedziałku do piątku 8:00 do 17:00. 

W sezonie kawowym, który przypadał na październik odwiedzało nas dwa razy więcej pacjentów, więc często godziny naszych dyżurów wydłużały się do późnych godzin wieczornych. A dlaczego penitentów nagle przybywało? Czy uprawa tej rośliny jest tak problematyczna? Nic podobnego! Dzięki sprzedaży swoich zbiorów rolnicy zdobywali pieniądze na leczenie i leki. Ci, którym pola nie obrodziły lub nie mieli własnej ziemi próbowali leczyć się sami tradycyjnymi metodami… W Soboty odwiedzałyśmy pacjentów w ich domach.

Za miejsce naszej pracy odpowiedzialna była Siostra Corazon, pochodząca z Filipin, doktor wielu specjalizacji. Pracowałyśmy razem z 12 miejscowymi pielęgniarkami i S. Corazon. Klinika Don Bosco jest najlepszym ośrodkiem zdrowia w tym regionie Etiopii. Dzięki sponsorom Siostry finansują leczenie najuboższych mieszkańców oraz sprzedają leki za niewielkie pieniądze. Naszymi pacjentami byli żebracy, których mijałyśmy na drodze, bezdomni, którzy chowali się przed deszczem pod palmami, dzieci ulicy, sieroty pozbawione rodziców i przyszłości- ludzie skrzywdzeni przez życie, a jednak zawsze radośni z uśmiechem na twarzy, ogromną wdzięcznością i wiarą, której moglibyśmy się wszyscy od nich uczyć. 

Najczęstszymi przypadłościami na które cierpią pacjenci odwiedzający Klinikę to: tyfus, dur brzuszny, malaria, infekcje grzybicze skóry, infekcje nerek, liczne robaczyce i pasożyty przewodu pokarmowego, choroby przenoszone drogą płciową, niedożywienie oraz AIDS. Sektor zdrowotny w Etiopii nadal rozwija się i bardzo różni od naszych europejskich standardów. Miejscowe gabinety lekarskie są bardzo drogie i nie przystosowane do tutejszych realiów. Dlatego wielu pacjentów nawet z ciężkimi dolegliwościami udaje się do miejscowego szamana, często powodując jeszcze większe uszczerbki na zdrowiu. Nasza praca polegała na pomaganiu miejscowym pielęgniarkom w ich codziennych obowiązkach. Wykonywałyśmy opatrunki, szczepienia, pobierałyśmy  materiały do badań, oglądałyśmy preparaty pod mikroskopem. Jako licencjonowane położne w każdy czwartek obejmowałyśmy fachową opieką ciężarne i ich nienarodzone dzieci oraz niemowlęta. 

Dzięki Fundacji „Redemptoris Missio” przywiozłyśmy ze sobą detektory czynności serca płodu, dzięki którym kobiety mogły po raz pierwszy usłyszeć jak pracują małe serduszka ich dzieci. Każda pacjentka kładąc się na kozetkę była bardzo podekscytowana wiedząc, że za chwile usłyszy swoje dziecko. Wiele z nich płakało, śmiało się, dziękowało, błogosławiło czy przytulało. Sytuacja kobiet ciężarnych w Etiopii znacznie różni się od opieki nad naszymi polskimi ciężarnymi. Podstawową różnicą i zarazem problemem w pracy z tutejszymi ciężarnymi jest ich wiek.Nasze najmłodsze pacjentki były jeszcze nastolatkami, miały po 13, 14 lat.Ponad 70% kobiet w ciąży było niedożywionych. Brak zdatnej do picia wody powodował jeszcze większe spustoszenie w organizmie.Pacjenci nie znają podstawowych zasad higieny, spożywają wodę z  tej samej rzeki w której wcześniej myli samochody, poili zwierzęta, robili pranie czy wykonywali codzienną toaletę.

Wielu z nich nie zdaje sobie sprawy, że codziennie mycie rąk przed posiłkiem rozwiązałoby ponad połowę problemów zdrowotnych w ich otoczeniu. 

Smak i zapach kawy był nieodłącznym elementem naszej wyprawy. W każdym domu odkrywałyśmy nowy nieznany nam wcześniej składnik. Pod koniec naszej misji zrozumiałyśmy, że każdy napar odzwierciedlał charakter gospodyni, był jej intymnym otwarciem duszy. Nasze trzy miesięczne przeżycia i doświadczenia z Etiopii opisują dokładnie trzy filiżanki tradycyjnej bunny. Od zaskoczenia i niedowierzania w pierwszym miesiącu, przez pogodzenie się z rzeczywistością w drugim aż do spokojnej realizacji założonych celów w ostatnim miesiącu...

Etiopskie powiedzenie mówi „Bunna na fikr beteks neł” – „ kawa i miłość są najlepsze, gdy są gorące”. I tego właśnie nauczyłyśmy się od mieszkańców Abisynii. Każdego dnia podziwiałyśmy ich radość z najmniejszych rzeczy, szczery uśmiech i prawdziwą, nie kierowaną niczym gościnność. Morze miłości dostawałyśmy codziennie od największego bogactwa Etiopii-małych wesołych dzieciaczków. Z dniem 28 października skończyła się nasza przygoda z Czarnym Lądem. Nasze walizki przed trzema miesiącami były przeładowane ciuchami. Teraz, gdy rozdałyśmy prawie wszystko co miałyśmy wcale nie wróciłyśmy z niczym. Zabrałyśmy ze sobą bagaż bezcennych doświadczeń, przygód i przyjaźni, których nie byłybyśmy wstanie zebrać nigdzie indziej, jak tylko tutaj, w miejscu gdzie wszędzie unosi się zapach świeżo palonej kawy…

Dziękujemy naszym przyjaciołom z Fundacji za danie nam tak niesamowitej szansy, Klinice Chorób Tropikalnych i Pasożytniczych za praktyczne przygotowanie nas do wyjazdu oraz wszystkim, którzy trzymali za nas kciuki!

 

Wolontariuszki Marta Stankiewicz i  Ewelina Walkowiak