Papua Nowa Gwinea

Wspominając nasz wyjazd na Papuę Nową Gwineę, z całego naszego doświadczenia najbardziej cenimy sobie spotkanie z dr ks Janem Jaworskim.

Dr Dżoaski ( bo w ten sposób Papuasi wymawiają jego nazwisko ) wyjechał na Papuę jako chirurg ponad 30 lat temu. Od tamtego czasu został księdzem, zdobył kolejną specjalizację ortopedię a wieść o nim rozeszła się po całej wyspie. Na leczenie u niego przylatują ( trudno inaczej poruszać się po bujnie zarośniętej Papui ) pacjenci z całego kraju. W Kundiawie – gdzie pełni służbę jako lekarz specjalista oraz duszpasterz – jego nazwisko otwiera wszystkie drzwi i zmiękcza serca najbardziej zatwardziałych. Miejscowi nadają swoim dzieciom jego imię, wierząc że tym sposobem zaskarbią im szczęście i powodzenie w przyszłości.

Jest człowiekiem legendą za życia. W czasie naszego pobytu w Kundiawie odbyło się uroczyste odsłonięcie tablicy pamiątkowej w szpitalu w Kundiawie. (patrz zdjęcia).

Słowa nasze nie stanowią bezkrytycznej afirmacji misjonarza niedługi czas spędzony na papuaskiej ziemi pokazał nam człowieka, który całe swoje życie poświęcił pomocy chorym, pokrzywdzonym i zagubionym. Doktor Jaworski jest osobą na tyle skromną, że z pewnością obruszyłby się gdyby nazwać jego postawę heroiczną. Ale dla nas po doświadczeniu życia w Papui – kraju nadal dzikim i nieobliczalnym – doktor jest prawdziwym bohaterem.

Nieustannie się przepracowuje. Nierzadko kończy operacje w środku nocy, a dzień zaczyna o świcie. Dzięki niemu szpital w Kundiawie jest znanym ośrodkiem posiadającym specjalistę ( w Papui rzadkość ). A trzeba podkreślić, że dla człowieka, lekarza ukształtowanego w europejskich standardach praca w Papui jest dużym wyzwaniem, bo tam tak jak w wielu krajach rozwijających się, pojęcia punktualności i odpowiedzialności mają nieco inny wymiar. W obszarze służby zdrowia, jak i w innych dziedzinach życia, wszystko toczy się swoim naturalnym rytmem, którego Papuasi nie mają chęci naruszać.

Życie wśród zielonej obfitości papuaskiej ziemi pozwala nie troszczyć się o jutro. Będąc tam zapomniałyśmy co znaczy codzienna europejska gonitwa z czasem, ale z drugiej strony było nam ciężko przestawić się, zwłaszcza w warunkach szpitalnych, na te “wolne obroty”. Potrafimy sobie wyobrazić jak doktor J. walczy ze sobą każdego dnia, nie chcąc zmarnować ani jednej chwili na bezczynność, a z drugiej strony chcąc pozostać w rytmie Papuasów.

Oprócz pracy lekarskiej i duszpasterskiej dr Jaworski od wielu lat zaangażowany jest w działania mające na celu zażegnanie krwawych konfliktów międzyplemiennych, które od pokoleń wpisane są w papuaską historię i które corocznie pozbawiają życia wielu młodych ludzi oraz niweczą szansę na życie w pokoju i rozwój obywatelski społeczeństwa papuaskiego. W swym działaniu nie jest sam, pomaga mu wiele zaangażowanych osób duchownych oraz świeckich. Jednak działanie w tych obszarach bywa ryzykowne, wymaga cierpliwości i taktu, a jednocześnie odwagi i samozaparcia.

Kilkakrotnie byłyśmy też świadkiem, gdy występował przed rozjuszonym tłumem w obronie osoby, która według zdania klanu rzuciła klątwę na jednego spośród nich wywołując śmiertelną chorobę (zwykle AIDS!). Nie sposób było wówczas dojrzeć jego niską skromną sylwetkę otoczoną przez kilkadziesiąt wsłuchanych w jego słowa osób, o spojrzeniach których intencje trudno było odgadnąć.

Sama wyspa zachwyciła nas oczywiście bujnym, dzikim klimatem, niezliczoną ilością odcieni zieleni, ogromem przepysznych tropikalnych owoców. Podpatrywałyśmy proste życie ludzi z gór, mieszkających w drewnianych chatach, hodującym świnie, a nawet wyprowadzającym je na sznurku na spacery! Bawiłyśmy się z umorusanymi, bosymi dziećmi z ciekawością przyglądającym się naszej białej skórze. Miałyśmy nawet szczęście uczestniczyć w miejscowej paradzie i znaleźć się w samym środku tłumu Papuasów przebranych w tradycyjne stroje, kipiących kolorami, pełnych piór rajskiego ptaka, futer z lokalnych torbaczy. Zachwycała nas egzotyka, a jednocześnie prostota zwyczajów tego odległego kraju. Przepracowałyśmy miesiąc w szpitalu w Kundiawie.

Spotykałyśmy ludzi którzy przeszli wiele kilometrów by spotkać lekarza, którzy przecierpieli wiele w zaciszu domu nim zdecydowali się poprosić o pomoc kogoś obcego. Razem z nimi przychodziły całe rodziny. Czuwały, do czasu wypisania pacjenta, nawet jeśli to trwało kilka miesięcy. Najbliżsi byli z chorym przez cały czas, spali na podłodze pod jego łóżkiem, gotowali dla niego obiady, zabierali na krótkie spacery gdy poczuł się lepiej, gdy cierpiał, płakali razem z nim. Jeśli ktoś umierał lamentom nie było końcaPapuasi bardzo głośno przezywają moment śmierci, a ciało zmarłego przed ceremonią pogrzebu zabierają w podróż do miejsc w których żył. Zachwycił nas kraj, zadziwiały niecodzienne widoki, interesowały inne zwyczaje, jednak to co w nas odcisnęło największy ślad to spotkanie z dr J. Dr Dżoaski zdobył Mt Wilhelm ( najwyższy szczyt Papui 4509 m npm ) 49 razy. Jednak jego

praca misyjna jest dużo większym wyzwaniem…