Sylwia Płoszajczak i Zosia Bartkowiak

Wszystko zaczęło się trzy lata temu na Grunwaldzkiej gdzie znajduje się siedziba Fundacji ,,Redemptoris Missio”, której jestem wolontariuszką. Świetna atmosfera w podziemiach, przesympatyczni ludzie oraz ich opowieści o ,,Czarnym Lądzie” coraz bardziej pozwalały interesować się tematyką misyjną. Aż w końcu w zeszłym roku pojawiła się możliwość wyjazdu na praktyki medyczne w krajach tropikalnych.

Po długich przygotowaniach 15 lipca 2011 roku razem z Zosią Bartkowiak wyleciałyśmy do Zambii.

Pierwsze 2 tygodnie naszego pobytu spędziłyśmy w sierocińcu w  Kasisi- miejscowości oddalonej o 10 km od Lusaki. Siostry, służebniczki NMP NP, które prowadzą ośrodek przyjęły nas z otwartym sercem i sprawiły, że czułyśmy się jak w domu.

Wiecznie w wirze pracy, mają pod opieką ponad 200 dzieci(z czego ok.40 jest zakażonych wirusem HIV).Dzieci podzielone są na grupy wiekowe, którymi zajmują się opiekunki zwane mamami. W opiece nad najmłodszymi pomagają im starsze dziewczynki po powrocie ze szkoły. W czasie jak przyleciałyśmy do Zambii w Kasisi  nie było pielęgniarki- siostry dzielnie dawały sobie radę z wszystkimi problemami zdrowotnymi dzieciaczków, co od tego momentu stało się naszym zadaniem.

Dzień zaczynałyśmy Mszą Świętą o godz. 7.00 i po śniadaniu ruszałyśmy do gabinetu, gdzie już czekała na nas kolejka dzieci z grzybicą głowy. Były już konsultowane przez dermatologa, stąd my musiałyśmy jedynie kontynuować zapisane prze niego leczenie. Później przychodził czas na sprawdzenie stanu pozostałych dzieci, które w czasie jak byłyśmy chorowały głównie na typowe wirusowe przeziębienia, a żyjąc  w licznych grupach szybko je sobie przekazywały. Była też dwójka dzieci, które najprawdopodobniej miały zapalenie płuc(nie ma rtg stąd diagnoza jest niepewna), a którym musiałyśmy dawać zastrzyki domięśniowe oraz chłopczyk z ospą wietrzną.

W międzyczasie Kasisi na kilka dni odwiedziło małżeństwo z Portugali. Bruna była lekarką stąd wyjaśniła wszystkie nasze medyczne wątpliwości, podobnie jak tutejsza pani doktor, która przyjechała  w ostatni dzień naszego pobytu(odwiedza sierociniec regularnie raz na miesiąc).

Jeśli znalazła się chwila w ciągu dnia starałam się spędzić czas na zabawie z dziećmi, które są przeurocze- otwarte i wiecznie uśmiechnięte. Tulą się i czekają na każdy objaw zainteresowania.

Po rozdaniu wieczornej dawki leków(ok. 20.00) miałyśmy czas wolny- najczęściej spędzany na pogaduchach z Asią, która będąc nauczycielką w szkole specjalnej w Polsce, postanowiła spędzić swoje wakacje pomagając wolontaryjnie siostrom w opiece nad dzieciaczkami.

Po pracowitych  dwóch tygodniach w Kasisi przyjechałyśmy do Mpanshya. W sierocińcu dzięki staraniom sióstr, ich ciągłej pracy oraz  wsparciu sponsorów panują europejskie warunki. Za to oddalona o 200 km od Lusaki Mpanshya jest już typowo afrykańską wioską. 

Prąd jest jedynie w godzinach 8.00-12.00 i od 18.00 do 22.00- teoretycznie, bo zdarzało się, że wieczorem go w ogóle nie było lub był włączany z godzinnym opóźnieniem. W Nie ma też ciepłej wody (kąpiel przy świecach z gorącą wodą pachnącą ogniskiem będzie mi się już zawsze kojarzyła z Afryką!).

Mieszkałyśmy w domu gościnnym u sióstr boromeuszek- każda we własnym pokoju z łazienką- byłyśmy pierwszymi lokatorkami świeżo zrobionego budynku. Siostry prowadzą szpital oraz bardzo duże gospodarstwo. Hodują około 200 świń, kury (część jajek jest sprzedawana, część przekazywana do centrum niedożywienia, a pozostałe przeznaczane na własny użytek), kaczki, króliki oraz mają bardzo pokaźny ogródek warzywny.

Nasze dni w Mpanshya miały ustalony rytm.

O 7.30 jadłyśmy śniadanie, po którym wychodziłyśmy do szpitala. Jest to ośrodek misyjny, co oznacza, że pacjenci nie płacą w ogóle za pobyt, leki czy wyżywienie- w praktyce oznacza to, że wiecznie wszystkie łóżka są zajęte a nawet niektórzy pacjenci leżą na materacach na podłodze. Szpital ma oddział męski, kobiecy, dziecięcy, chirurgiczny, porodówkę z oddziałem ginekologiczno-położniczym oraz salę operacyjną, laboratorium i pracownię rtg. Jest też ultrasonograf- niestety brak sondy przezbrzusznej, w związku z czym lekarze badając wątrobę czy śledzionę musieli posługiwać się sondą dopochwową!  Miałyśmy okazję poznać bliżej każdy z oddziałów- uczestniczyłyśmy w obchodzie, biorąc udział w diagnozowaniu pacjentów i ich codziennej kontroli. Sposób leczenia zależy nie tylko od ograniczonych możliwości w Afryce (bo wiadomo, że nie wszystkie badania dało się wykonać) ale również od genetycznych różnic pomiędzy rasą białą i czarną. Największym problemem jest zakażenie wirusem HIV i gruźlica, które w czasie jak byłyśmy dotyczyły ok. 70% przyjętych pacjentów( średnia długość życia na wiosce wynosi ok. 50 lat właśnie ze względu na te choroby).

Szczęśliwie pacjenci nie chorowali na malarię (w trakcie naszego pobytu w Zambii panowała pora sucha), zdarzyły się tylko sporadyczne przypadki, szczególnie wśród najmłodszych.

Znacznym problemem na oddziale dziecięcym była anemia sierpowata, ponieważ większość dzieci w trakcie naszego pobytu borykała się z jej powikłaniami - głównie zapaleniem kości i niedokrwistością- pamiętam chłopca z hemoglobiną ok. 5 g/dl, który prawie tydzień czekał na krew bo nawet w Lusace nie można było dostać choć jednej jednostki.  Często zdarzały się również zapalenia płuc, poparzenia czy urazy.

Wtorki i czwartki były dniami operacyjnymi - pacjenci znieczulani byli głównie podpajęczynówkowo a  naszym zadaniem była kontrola nad ich stanem i ewentualne podawanie leków na zlecenie lekarza. Dzięki znacznemu zaangażowaniu sióstr w prowadzenie szpitala oraz pracy szwajcarskich lekarzy, szpital stoi na naprawdę wysokim poziomie. Wykonuje się coraz więcej cięć cesarskich(około 10%porodów ). Dość częstym problemem jest również przerost prostaty u mężczyzn. Lekarze stają nieraz przed naprawdę ogromnym wyzwaniem, bo ze względu na znaczną odległość jaka dzieli mieszkańców Zambii od szpitala wyczekują oni do ostatniej chwili zanim pojawią się u lekarza. Przykładem jest widziana  przeze mnie operacja guza jajnika wielkości głowy noworodka, wodniak jądra, z którego wylało się około 3 litry płynu  czy pacjentka z tarczycą, która opasała całą jej szyję, zwisając prawie do klatki piersiowej. Często wiele decyzji w szpitalu podejmuje się jakby ,,na wyrost” stosując zasadę, że jeżeli nie zrobi się danego zabiegu teraz, najprawdopodobniej dana pacjentka już do nas nie wróci (właśnie ze względu na odległości).

Dla pacjentów, którzy wymagają dłuższego leczenia stworzone jest w pobliżu szpitala coś na kształt hostelu, w którym mogą się zatrzymać- tu wyżywienie jest we własnym zakresie, a pacjenci jedynie w odpowiednim czasie zgłaszają się po leki.

Jest to bardzo potrzebne i ważne miejsce bo pacjenci często nie rozumieją istoty choroby i odmawiają leczenia HIV(pomimo tego, że jest ono tutaj za darmo!). Są też i smutniejsze sytuacje, jak np. niedożywiona pani z nowotworem żołądka u której można było policzyć dokładnie wszystkie żebra- nie mogła dostać chemioterapii bo nie miała wyniku histopatologii, a nie stać jej na gastroskopię, która kosztuje tutaj ok. 120 zł…

Przy szpitalu działa również rewelacyjnie prowadzone przez pielęgniarkę z Polski (wysłaną do Aryki przez Fundację Redemptoris Missio) Małgosię Strzelecką hospicjum. Pacjenci mają stworzone domowe warunki przy zapewnionej całodobowej opiece. Jest to także miejsce 2 miesięcznego pobytu dla tych, którzy zaczynają leczenie p-gruźlicze(dalszy etap kontynuują już w domu). Małgosia, zawsze uśmiechnięta i zawsze życzliwa, stara się pomóc także tym, których nie stać na bardziej szczegółowe badania  w Lusace poprzez wyszukiwanie sponsorów i możliwości transportu. Jest to naprawdę wyjątkowa osoba a kontakt z nią był dla mnie zawsze ogromną radością.

Wracając do naszego rytmu dnia - około godziny 12 jadłyśmy lunch. Podstawą posiłków jest nshima, czyli ugotowana na wodzie mąka kukurydziana- danie zupełnie bez smaku, bez którego Afrykańczycy nie wyobrażają sobie obiadu. Do tego najczęściej reppe (poszatkowane zielone liście). My dzięki życzliwości sióstr, które dla nas codziennie gotowały, nasz lunch miałyśmy wzbogacony o mięso lub jajka(co niestety nie jest codziennością dla typowego Afrykańczyka). Większość potraw jest gotowana na oleju i mocno solona, co sprawia, że częstym problemem w szpitalu jest nadciśnienie.

Popołudniami pomagałyśmy siostrze Józefie w prowadzonym przez nią programie adopcji na odległość. Chodziłyśmy do rodzin dzieci i prosiłyśmy o narysowanie kartek świątecznych na Boże Narodzenie dla sponsorów z Polski(tak duże wyprzedzenie było konieczne gdyż siostra nie jest w stanie na własną rękę odwiedzić ponad 350 dzieci, które są objęte programem).

Przy okazji naszych odwiedzin wypytywałyśmy o czym dzieci marzą, czym zajmuje się ich rodzina oraz robiłyśmy masę zdjęć(dzieciaczki są zachwycone jak tylko widzą siebie po drugiej stronie obiektywu). Jeździłyśmy z pracownikami biura zajmującego się adopcją, którzy tłumaczyli nam nianja (lokalny język) bo niestety znajomość angielskiego nie była powszechna. Te popołudnia były dla mnie bardzo ważnym doświadczeniem, ponieważ mogłam dzięki nim oglądać życie mieszkańców od wewnątrz, coraz bardziej zdając sobie sprawę z trudności z jakimi na co dzień muszą się mierzyć Afrykańczycy i równocześnie jak można im pomóc.

Dzięki pomocy sponsorów w ramach programu w Mpanshya wybudowano nowe przedszkole i aktualnie budowane są dodatkowe klasy finansowane przez polskie MSZ.

O 17.00 chodziłyśmy na Mszę Świętą- dla Zambijczyków religia jest bardzo ważnym elementem życia. Liturgia wzbogacona jest o przepiękny(ale też i bardzo głośny śpiew) wypełniona tańcem i tętniąca radością. Księża Maciek  i Michał, pochodzący  z Polski a pracujący na tutejszej parafii  mają jednak bardzo trudną pracę bo wciąż w Afrykańczykach drzemie wiara w czary, co zdecydowanie utrudnia ewangelizację. Księża organizują  cotygodniowe spotkania grup pracujących przy parafii, festiwale młodzieży, wakacje dla ministrantów czy parafialne kino. W niedzielne popołudnia ogród przy parafii wypełniony jest maluchami grającymi w koszykówkę, bawiącymi się kolorową chustą czy wspinającymi na drzewa. My miałyśmy okazję zabrać się z księdzem Maćkiem do pobliskiej kaplicy na Mszę oraz zobaczyć  nowobudowany kościół p.w. św. Ojca Pio. (jeszcze więcej radości przyniosła mi możliwość malowania filarów w tymże kościele!). Księża poświecili nam wiele swojego wolnego czasu, opowiadając o realiach życia w Afryce i zawsze tworząc ciepłą atmosferę na probostwie, traktując nas od samego początku jak starych przyjaciół.

W trakcie naszego pobytu pracowałyśmy także nad programem niedożywienia dzieci, przygotowanym wcześniej przez panią docent Paul. Przy szpitalu działa ,,Nutrition Centre”, które na szczęście ze względu na porę suchą i dość znaczne zapasy zgromadzone przez mieszkańców w trakcie poprzedniej pory deszczowej nie miało dużo pacjentów.

Miałyśmy także możliwość pomóc Małgosi (która poza hospicjum prowadzi razem z Agatą- wolontariuszką z Polski- program adopcji serca, którym objęte jest 100 dzieci z potrzebami specjalnymi) pomalować klasę dla dzieci z programu. Cieszy niezmiernie fakt, że te maludy nie są zapomniane, a dzięki takim ludziom jak Małgosia i Agata oraz sponsorom z Polski mają możliwość normalnego funkcjonowania- a potrzeby są wciąż ogromne…

Nie mogę nie wspomnieć o afrykańskiej przyrodzie, która urzeka swoim pięknem i dziewiczością. Sama  Mpanshya jest malowniczym regionem położonym w górach, które miałyśmy okazję podziwiać podczas niedzielnych spacerów czy wyjazdów do Lusaki. Roślinność zadziwia różnorodnością  a owoce (ze szczególnym naciskiem na papaje i banany!) są pyszne. Ludzie zupełnie inni kulturowo, wiecznie uśmiechnięci i dający sobie na wszystko czas (obowiązywała zasada około godzinnego spóźnienia podczas umawianych spotkań).

72 dni minęły bardzo szybko, a mi wydaje się, że widziałam i poznałam jedynie niewielką cześć bogactwa Afryki. Niezwykłe doświadczenie medyczne, energia i ogromna wiara w lepsze jutro ludzi, których tam poznałam mam nadzieję już zawsze pozostaną w mojej pamięci, mobilizując do pracy. Bez pomocy Fundacji nigdy nie udałoby mi się wyjechać do Zambii dlatego jeszcze raz bardzo dziękuję za tą niesamowitą możliwość!

 

Zofia Bartkowiak

Nazywam się Zosia Bartkowiak i jestem studentką VI roku medycyny na Uniwersytecie Medycznym im. K. Marcinkowskiego w Poznaniu. Tegoroczne wakacje spędziłam na wolontariacie medycznym w Zambii, dokąd skierowała mnie Fundacja Pomocy Humanitarnej „Redemptoris Missio”.

Wraz z koleżanką z mojej grupy studenckiej, Sylwią Płoszajczak, wyjechałyśmy z Polski 14 lipca 2011 roku, by 15 lipca po południu dotrzeć do Lusaki. Z lotniska odebrała nas siostra Mariola, przełożona zgromadzenia sióstr Służebniczek Najświętszej Maryi Panny Niepokalanie Poczętej w Kasisi.

W prowadzonym przez siostry sierocińcu nie było wówczas żadnej stałej opieki medycznej – lekarza ani pielęgniarki. W dodatku zaprzyjaźnieni lekarze z pobliskiego szpitala, którzy przyjeżdżają do dzieci raz na 1 – 2 miesiące, byli akurat na dłuższym urlopie za granicą. My miałyśmy zapełnić tą lukę.

Naszą pracę rozpoczęłyśmy dosyć szybko, bo jeszcze zanim zdążyłyśmy zanieść bagaże do pokoju – była akurat pora smarowania dzieciom głów środkiem przeciwgrzybiczym. I zasadniczo przez cały okres pobytu w Kasisi na brak zajęć nie narzekałyśmy.

 

Krótko po naszym przyjeździe wśród dzieci rozpanoszył się jakiś wirus, powodując kaszel i gorączkę u najmniejszych dzieci (1 m.ż. – 2 r.ż.). Ledwo zdążyłyśmy w miarę to doleczyć, kiedy zaczęła się epidemia biegunki i wymiotów u trochę starszych, niestety również z bardzo wysoką gorączką (do 40oC!). Momentami było ciężko, głównie ze względu na wstawanie w nocy (zastrzyki, pomiary temperatury) i na ilość chorych dzieci. Poza tym nie były one zebrane w jednym miejscu, na kształt oddziału, tylko rozproszone po swoich pokojach, we wszystkich możliwych zakątkach Kasisi. Zdarzało nam się więc odbywać nocne wizyty w piżamach, żeby zyskać cenne 5 minut na sen… Dużym plusem Kasisi było natomiast bardzo dobre zaopatrzenie w leki – w zasadzie nie brakowało niczego, a gdy tylko coś się kończyło (miałyśmy taką sytuację z probiotykami po epidemii biegunki), to wystarczyło wspomnieć i siostry natychmiast dostarczały, co potrzebne. Zdziwił nas natomiast fakt, że nie ma tam w ogóle wody utlenionej! Wydawałoby się, że najbardziej podstawowa i w dodatku tania rzecz, a tam w ogóle tego nie znają! Siostry przywożą zawsze zapasy z Polski, ale biorąc pod uwagę ponad 220 żywotnych dzieci – na długo to nie wystarcza… Wszystkie skaleczenia trzeba więc było smarować maścią odkażającą, a że to z kolei mało popularne u nas – mnóstwo czasu schodziło nam na czytaniu ulotek.

Główne problemy zdrowotne dzieci w Kasisi to malaria, gruźlica, HIV/AIDS, grzybica w różnych odmianach, oraz typowe choroby wieku dziecięcego – zakażenia dróg oddechowych, układu pokarmowego, ospa wietrzna. W czasie naszego pobytu dzieci były akurat po epidemii tej ostatniej, ale i tak znalazł się jeden chłopiec, Emmanuel – 10-latek, niedawno przyjęty do ośrodka, który przechodził akurat poronną postać choroby, w dodatku ze współistniejącą grzybicą skóry, co utrudniało rozpoznanie. Na szczęście większość pozostałych przechorowała już ospę podczas wiosennej epidemii i była odporna.

W Kasisi spędziłyśmy nieco ponad 2 tygodnie, a następnie 1 sierpnia przyjechała po nas siostra Józefa, przełożona Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia św. Karola Boromeusza w Mpanshyi, by zabrać nas do prawdziwego, afrykańskiego buszu.

W Mpanshyi znajduje się całkiem duży szpital (100 łóżek), centrum dożywiania dla dzieci, hospicjum, szkoła pielęgniarska, a poza tym: szkoła podstawowa, przedszkole, biura, kościół, młyn i inne. W szpitalu znajdują się: oddział kobiecy, męski, dziecięcy, położniczy, pooperacyjny i dla pacjentów w cięższym stanie, sala operacyjna, sala zabiegowa, rentgen, laboratorium, apteka, gabinety lekarskie, zaplecze administracyjne i socjalne.

Nasz dzień zaczynał się o godzinie 7:30 śniadaniem. Następnie udawałyśmy się do szpitala, gdzie zostawałyśmy do ok. 12:00, kiedy to przypadała pora obiadu. Do 14:00 był czas sjesty, bardzo skwapliwie przestrzegany w Zambii. Po południu zwykle zajmowałyśmy się programem siostry Józefy „Adopcja na odległość”, jako że w szpitalu w tym czasie niewiele się działo.

Na początku naszego pobytu w Mpanshyi pracowałyśmy głównie ze szwajcarskim lekarzem, ginekologiem – położnikiem, który akurat kończył swój 3-letni kontrakt w Zambii. Wtedy większość czasu spędzałyśmy w klinice ginekologicznej. Wraz z owym lekarzem przyjmowałyśmy pacjentki ciężarne, onkologiczne i z różnymi innymi problemami ginekologicznymi, wśród których najpowszechniejsze były nieprawidłowe krwawienia z dróg rodnych. Uczestniczyłyśmy też w zabiegach – cesarskich cięciach, mastektomii, histerektomii, usunięciu potężnego guza jajnika u młodej dziewczyny.

Niektóre dni spędzałyśmy na oddziale kobiecym, pod okiem internistki ze Szwajcarii (żony w/w ginekologa), obecnie w trakcie specjalizacji z chorób tropikalnych. Tam miałyśmy okazję poznać wszelkie możliwe odmiany gruźlicy – od płucnej począwszy, a na gruźlicy układu moczowo-płciowego skończywszy. Wiele pacjentek było po udarach, prawdopodobnie krwotocznych, prawdopodobnie w rezultacie bardzo powszechnego w tym kraju nadciśnienia tętniczego. Piszę „prawdopodobnie”, bo diagnostyka obrazowa – mimo bardzo dobrego, jak na zambijskie warunki, poziomu szpitala – nie jest dostępna; wszystkie te diagnozy były stawiane klinicznie, na podstawie badania neurologicznego, które też niejednokrotnie przeprowadzałyśmy. Inne choroby, z jakimi się tam spotkałyśmy, to przede wszystkim HIV/AIDS (nierzadko z liczbą limfocytów CD4+ np. 3 i wszelkimi powikłaniami z tego wynikającymi), nowotwory (np. rak przełyku / żołądka – do końca nie wiadomo, ponieważ pacjentka nie zdołała zapłacić za gastroskopię w Lusace; do nas wróciła skrajnie wyniszczona, nie połykając nawet płynów, z wyczuwalną masą guza w nadbrzuszu).

 

Po wyjeździe Szwajcarów dołączyłyśmy do zespołu zambijskiego lekarza, który zajmował się głównie oddziałem męskim i pooperacyjnym. Większość pacjentów oddziału męskiego stanowili chorzy na gruźlicę płucną i zapalenia płuc, najczęściej skojarzone z HIV/AIDS. Sporo było chorób skóry, m.in. spowodowanych przez wirusa HPV.

Na drugim oddziale leżeli chorzy ze złamaniami kości kończyn dolnych (w tym – głowy kości udowej), niewyrównaną cukrzycą, nowotworami. Dzięki temu, że szpital dysponował pracownią RTG i salą zabiegową, możliwe było dosyć sprawne leczenie złamań, z opatrunkami gipsowymi i wyciągami włącznie.

 

Oddziałem dziecięcym lekarze zajmowali się na zmianę, ponieważ w Mpanshyi nie ma pediatry. Większość dzieci trafiała tam z malarią, w skutek której szybko rozwijało się u nich odwodnienie, a czasem też niedożywienie, jeśli był to kolejny w niedługim czasie epizod choroby, przebiegający z biegunką i wymiotami. Dzieci te otrzymywały – w zależności od stanu klinicznego – doustny Coartem albo dożylną chininę. Dużo było oparzeń, co wynika z faktu gotowania posiłków na wolnym ogniu, do którego bawiące się dzieci mają łatwy dostęp. Parzyły się zarówno samym ogniem, jak i gotującą się na nim wodą, doznając niejednokrotnie rozległych obrażeń. Na szczęście szpital dysponuje możliwością dość zaawansowanego leczenia, jakim są autologiczne przeszczepy skóry, co pozwalało tym dzieciom dosyć sprawnie wracać do formy.

Dość częstym problemem na tym oddziale była też anemia sierpowatokrwinkowa, nierzadko już z powikłaniami lub w fazie przełomu. Najczęściej dzieci te zgłaszały się z zapaleniami kości, drenującymi już do skóry ropną treść, z bólem, uniemożliwiającym poruszanie się. Leczenie w tych przypadkach także było długie i trudne, zwłaszcza ze względu na permanentny brak krwi. Nie można już oddawać krwi na miejscu, ponieważ laboratorium nie dysponuje możliwością wykonywania wysokospecjalistycznych badań na obecność coraz bardziej zmutowanych form wirusa HIV – trzeba jeździć do Lusaki i stamtąd też przywozić krew dla pacjentów. Często jednak albo brakuje krwi, albo opakowań do jej transportu, albo zdarzają się jeszcze inne nieprzewidziane problemy i bywało, że przez parę tygodni krwi w szpitalu nie było w ogóle…

Stosunkowo mało czasu spędzałyśmy na oddziale poporodowym, na którym kobiety ze swoimi dziećmi odpoczywały po porodzie (6 godzin po porodzie fizjologicznym), po czym udawały się do domów, zwykle w towarzystwie najbliższej rodziny.

Co kilka dni chodziłyśmy również do Nutrition Centre, gdzie badałyśmy dzieci niedożywione w ramach naszego programu badawczego. Nie było ich jednakże dużo, ponieważ okoliczna ludność była świeżo po żniwach i jedzenia raczej nikomu nie brakowało.

Z Mpanshyi wyjechałyśmy w piątek, 23 września, udając się do Kasisi, jako że obiecałyśmy tamtejszym siostrom odwiedziny. Niektóre dzieciaki, zwłaszcza te najmłodsze, tak wyrosły przez te 2 miesiące, że trudno nam było w ogóle je poznać!

Kilka dni po tym, jak 1 sierpnia wyjechałyśmy z Kasisi do Mpanshyi, do sierocińca z ramienia Fundacji „Redemptoris Missio” przyjechała polska pielęgniarka, Sonia, która zostanie tam do grudnia b.r., więc dzieciaki mają na razie zapewnioną całodobową opiekę medyczną.

W sobotę 24 września opuściłyśmy Zambię. Do Polski dotarłyśmy w niedzielę, by od poniedziałku rozpocząć nowy rok akademicki… Może po to, by kiedyś wrócić do Zambii, już jako lekarze…