Hanna Gawron

AFRYKA o jakiej marzyłam. Hakuna matata !

O wyjeździe do Afryki marzyłam od dawna. I choć marzenia i plany na bliżej nieokreśloną przyszłość robi się, z decyzją o podjęciu wyzwania tu i teraz, pozostawieniu wszystkiego i wyjeździe do tak odległego zakątka, już łatwo nie jest. Ja zdecydowałam się na 5-miesięczny pobyt w Kenii tuż po stażu podyplomowym. Miałam możliwość pracować w szpitalu prowadzonym przez włoską misję Cottolengo. Dyrektorem placówki jest brat Beppe, człowiek – legenda dla tego miejsca. Przyczynił się do znacznej rozbudowy i usprawnienia działania ośrodka. Poza zdolnościami organizatorskimi jest niezwykłym lekarzem, jakiego nie sposób spotkać w Europie. Stał się substytutem wielu specjalistów, począwszy od chirurga, poprzez ginekologa, anestezjologa, pediatrę… a na dentyście kończąc. Jest przy tym osobą niesamowicie skromną, pomocną i o dobrym sercu. Obdarzony wielkim szacunkiem ze strony pacjentów, jak i lokalnego personelu.

Dzięki przedsiębiorczości braci i licznym sponsorom szpital wciąż się rozbudowuje i poszerza zakres usług. Aktualnie największą inwestycją jest budowa nowej sali operacyjnej. Warunki hospitalizacji są skromne, ale nikt nie narzeka.

Wydzielona jest część położnicza i pediatryczna. Największe pomieszczenia zajmują dwa oddziały ogólne, męski i żeński. Na każdym z nich jest powyżej 30 łóżek, poustawianych jedno przy drugim. Niestety, niejednokrotnie ilość miejsc jest niewystarczająca. Zwłaszcza w ostatnich miesiącach, kiedy to przez Kenię przetoczyła się fala strajków służby zdrowia, a jedyną nadzieją na pomoc dla ludzi cierpiących stały się placówki misyjne.

Moja praca w tym miejscu polegała na prowadzeniu oddziału żeńskiego. I choć warunki odmienne od naszych europejskich, plan dnia zbliżony do pracy lekarza w Polsce. Codzienne wizyty, wypisy, nowe przyjęcia, zlecanie badań, kontrola wyników. Duża samodzielność jest zawsze dla młodego lekarza po studiach dużym wyzwaniem, ale i przynosi mnóstwo satysfakcji. Ów wyjazd był dla mnie wspaniałym doświadczeniem zarówno zawodowym jak i życiowym. Pozwolił nabrać dystansu do wielu spraw, spojrzeć na świat z nieco innej perspektywy, poszerzyć horyzonty.

„Podróż przecież nie zaczyna się w momencie, kiedy ruszamy w drogę, i nie kończy, kiedy dotarliśmy do mety. W rzeczywistości zaczyna się dużo wcześniej i praktycznie nie kończy się nigdy, bo taśma pamięci kręci się w nas dalej, mimo że fizycznie dawno już nie ruszamy się z miejsca. Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej.”

Powyższe słowa Ryszarda Kapuścińskiego świetnie obrazują sytuację wolontariusza wracającego z tropiku. Wspomnienia miejsca i ludzi, z którymi miałam szansę współpracować pozostaną na zawsze, a żądza poznawania nieznanego będzie budzić niedosyt podróży.