Anna Chylińska

 

PRAKTYKI MEDYCZNE 12 lipca – 20 września 2011r.

Tanzania, Health Centre – Nanjota

Anna Chylińska

Jako wolontariuszka Fundacji „Redemptoris Missio” odbyłam tegoroczne wakacyjne praktyki medyczne w  Tanzanii.  Spędziłam ponad 2 miesiące w oddalonej od cywilizacji wiosce o nazwie Nanjota. Jest to wieś leżąca na południu Tanzanii, niedaleko granicy z Mozambikiem, licząca ok. 6 tysięcy mieszkańców. Południe Tanzanii jest nadal jeszcze najsłabiej rozwiniętą częścią kraju.  Nie dziwi więc fakt, że mieszkańcy Nanjoty są ludźmi bardzo ubogimi  i że ogromna  większość nie ma innej pracy jak tylko uprawa paru roślin na własne potrzeby czy ewentualnie kilku drzew korosho , czyli nerkowców. Mieszkają oni w chatkach pokrytych liśćmi palm kokosowych, a trochę bogatsi  - tacy jak nauczyciele, mogą sobie pozwolić na dach z blachy falistej, ale nawet i on, posiadając zazwyczaj liczne dziury, nie chroni przed ulewnymi deszczami, które padają tu w porze deszczowej... Czasem miałam wrażenie, że największą grupę mieszkańców Nanjoty stanowiły... dzieci! :)

Towarzyszyły mi dosłownie na każdym kroku! W podartych ciuszkach i bez butów... i tak szczęśliwe, gdy poświęciło się im choć odrobinę uwagi, zrobiło zdjęcie czy poczęstowało czymś słodkim...

Do Nanjoty zostałam zaproszona przez polskie Siostry Maryi Niepokalanej, które prowadzą tam ośrodek zdrowia. W skład ośrodka wchodziły:  przychodnia z gabinetem lekarskim, laboratorium, dwie sale szpitalne –jedna dla kobiet, druga dla mężczyzn;  apteka, gdzie wydawano leki przepisane przez lekarza, pokój zabiegowy i nawet "gabinet dentystyczny",  a także - klinika położnicza z punktem szczepień, nowe laboratorium [w budowie] i przedszkole dla ponad 160 dzieci. Przychodnia była czynna od godziny 8 do 14, ale ludzie przychodzili też poza tymi godzinami już bezpośrednio do domu Sióstr, może 200 metrów od przychodni . Przychodnia była wyposażona we wszystkie podstawowe leki, przede wszystkim p-malaryczne i antybiotyki.

Moja praca polegała na pomocy w funkcjonowania ośrodku zdrowia: przyjmowałam więc pacjentów razem z miejscowym clinical officerem, wypisywałam dokumentację, wydawałam pacjentom leki, wykonywałam zastrzyki [tych wykonywało się tam  naprawdę dużo!], robiłam opatrunki na rany, ropnie i oparzenia [te ostatnie stanowiły w Nanjocie rzeczywiście duży problem...] Doglądałam  też pacjentów leżących w naszym małym szpitaliku, a w ramach szczepień wyjazdowych udawałyśmy się również z położną do sąsiednich wiosek, by szczepić dzieci... Asystowałam też  przy wyrywaniu zębów,  a na porodówce po raz pierwszy w życiu miałam okazję uczestniczyć w cudzie narodzin i ...dowiedziałam się, że małe murzynki rodzą się tak naprawdę białe;)

Laboratorium zostało otwarte dopiero miesiąc po moim przyjeździe, gdyż poprzedni laborant zachorował, wziął miesięczny urlop i ... już nie wrócił. Poszukiwania nowego laboranta zajęły siostrom trochę czasu, gdyż praca na wsi za naprawdę małe pieniądze nie cieszy się, jak można się domyślić, dużym zainteresowaniem ze strony „miastowych”, wykształconych Tanzańczyków...  Przez pierwszy miesiąc, rozpoznając chociażby malarię czy anemię, mogliśmy polegać tylko na naszych ludzkich zawodnych zmysłach, zbierając chociażby dokładny wywiad z pacjentem,  ...i  na statystykach. A te mówiły, że chorobą najczęściej nękającą mieszkańców Nanjoty była zdecydowanie – malaria. Drugi miesiąc, gdy otworzono laboratorium i można już było wykonać podstawowe badania, tj.  zrobić rozmaz krwi w kierunku malarii, test na kiłę, zbadać poziom hemoglobiny, obejrzeć mocz i kał w kierunku pasożytów czy chociażby wykonać test ciążowy, stawianie diagnozy było już ułatwione i zdecydowanie nasze diagnozy były też dużo trafniejsze.

Obowiązującym wszędzie językiem był język suahili. Angielski (mimo że jest jednym z dwóch języków urzędowych w Tanzanii) najczęściej nie był jednak w ogóle używany...

Podczas mojego pobytu w Nanjocie przyszły do nas aż dwa razy paczki z lekami i opatrunkami z Fundacji!!! Dostaliśmy nawet lizaczki dla dzieci ;) DZIĘKUJEMY BARDZO!!!:) To niesamowite, że zupełnie nienaruszone trafiły do nas z Polski po przebyciu tysięcy kilometrów ! To było bardzo miłe uczucie tym razem rozpakowywać, a nie pakować paczki;)

Tanzańczycy to ludzie niewiarygodnie ciepli i życzliwi, otwarci na innych , śpiewający głośno w kościele;), pozdrawiający cię z daleka,  radośni i uśmiechnięci mimo, że posiadają czasem tak niewiele... Nie przejmują  się jednak drobnostkami, ale cieszą się z tego, co mają..., czego my Europejczycy moglibyśmy sie od nich z pewnością uczyć. Mimo bariery językowej i kulturowej, zdążyłam się więc z nimi bardzo zaprzyjaźnić. Na pewno nieraz będę tęsknić za tymi ludźmi i za panującą tam cudowną atmosferą...

Ten wyjazd utwierdził mnie w przekonaniu, że misje i wsparcie medyczne są rzeczywiście niesamowicie potrzebne ludziom jak i w Tanzanii, tak i zapewne na całym świecie. Proszę więc przyjaciół Fundacji o dalszą pomoc, żebyśmy razem mogli wspierać to wspaniałe dzieło misyjne i jakże niełatwą i często pełną poświęceń pracę misjonarzy w krajach rozwijających się.

 

 

Niech towarzyszą nam słowa Matki Teresy z Kalkuty : "Nieważne ile czynimy, lecz ile miłości wkładamy w czynienie tego. Nieważne ile dajemy, lecz jak wiele miłości wkładamy w dawanie."

Dziękuję Fundacji za umożliwienie mi przeżycia największej przygody mojego dotychczasowego życia;  za możliwość zdobycia doświadczenia - tak potrzebnego w pracy lekarza,     o które jestem teraz bogatsza i mam nadzieję... mądrzejsza.

Asanteni sana!!! Dziękuję bardzo! :)

Anna Chylińska, studentka V roku kierunku lekarskiego