dr Grzegorz Szanecki

Do Kamerunu z misją operowania woli tarczycowych wyruszyła grupa lekarzy: Renata Popik, Olga Stańkowska i Grzegorz Szanecki. Cały wyjazd obfitował w zaskakujące dla lekarzy sytuacje. Doktor Grzegorz Szanecki opowiada "Szpital wprawdzie posiadał butlę tlenową, ale bez tlenu, był też nieużywany ssak, który po drobnych naprawach udało się uruchomić.

Pacjentów wywożonych po operacji na sale trzeba było po prostu w pewnym momencie podróży łóżkiem wziąć na ręce i zanieść. Na szczęście nie byli zbyt ciężcy." Trochę trzeba było pracować na tzw. MacGyvera, ale prowizorka się sprawdzała" mówi doktor Popik. Chirurg Grzegorz Szanecki relacjonuje: "Niby 25 stopni, niby słońce za chmurami, ale z człowieka się leje. Droga męcząca, ale do przeżycia. Warunki mieszkaniowe też. Ja spałem w jakiejś dobudówce. Pracy było w bród. Tam jest też tak, że po operacjach rany szybciej się goją. Na co dzień miejscowi żyją w warunkach powiedzmy szczerze -  brudnych więc ich system odpornościowy jest wytrenowany. U nas to pierwsza bakteria i człowiek się rozkłada, a tam jednak trzymają się zdrowo. Dietę też mają nienajlepszą, jedzą bardzo monotonnie i myślę, że jakieś niedobory mogą mieć. Jedzą maniok, pokroją sobie jakieś liście i mają sałatkę. Taką podstawą oczywiście byłoby mięso, ale do tego mięsa trzeba mieć dostęp. Nie dość, że byliśmy w ubogim rejonie to jeszcze ci Pigmeje Baka są jego najuboższą warstwą społeczną. Zresztą widać to dobitnie w ich ubogich warunkach mieszkaniowych i ubraniach. Miesiąc wcześniej byłem w Ugandzie i widziałem tam mnóstwo zwierząt – tutaj nie było żadnego mimo, że jechaliśmy wiele godzin przez las. Ludzie też bardzo zdystansowani i wycofani, ale broń Boże nie doświadczyliśmy żadnych agresywnych zachowań. Wycinka tego tropikalnego lasu to kolejny dramat tamtego regionu.

Przez cały kraj jadą ogromne ciężarówki z kilkoma drzewami. Ci, którzy to miejsce znają lepiej, mówią, że tych prawdziwie dużych drzew już nie ma, kiedyś pnie były tak gigantyczne w obwodzie, że na jednej ciężarówce mieściło się tylko jedno drzewo. Właścicielami wszystkiego są  duże koncerny z Europy a obecnie głównie z Chin. To państwo niewiele z tego ma. Pigmeje w tych lasach mieszkali od zawsze teraz przestali się przemieszczać i pracują za drobną zapłatę w kampaniach leśnych. Pojechaliśmy operować przepukliny, ale pacjenci przychodzili z każdym problemem, wiele było schorzeń urologicznych, ginekologicznych, wnętrostwa, woli tarczycowych. Nie mogliśmy operować wszystkiego z różnych powodów. Wiele tematów zostawiliśmy na przyszłość.   Pierwsze dwa dni, pacjenci przychodzili, owszem, ale bardzo niepewnie. Potem rozeszło się, że lekarze dobrze leczą, przekonaliśmy ich do siebie. Pacjenci ustawiali się w kolejkę, a my ustalaliśmy im zabiegi, zwykle na drugi dzień, aby nie musieli długo czekać. Niektórzy przyjeżdżali z naprawdę bardzo daleka.

O różnicach pomiędzy polską, a kameruńską chirurgią Grzegorz Szanecki opowiada tak: Oni tam mają takie przekonanie, że jak jest operacja to musi boleć. Wszystkich operują w znieczuleniu, większość operują w znieczuleniu miejscowym, większe zabiegi dodatkowo w anestezji dożylnej. Stół operacyjny posiada żelazną nakładkę przytrzymującą pacjenta gdyby zdarzyło mu się wybudzić w trakcie operacji. Uczestniczyliśmy w operacji przeprowadzanej przez lekarza z Kamerunu. Radził sobie całkiem nieźle, ale do płukania jelit chciał używał zwykłej wody mineralnej z butelki. Poprosiliśmy go o użycie sterylnych płynów, ale podejrzewam, że robili to przed naszym przyjazdem już nie jeden raz i będą nadal robić i co najciekawsze części ludzi udaje się z tego wygrzebać i wyzdrowieć. Generalnie standardy sobie, a natura sobie. Martwiliśmy się o siebie i o pacjentów. Ostatecznie przeprowadziliśmy 72 operacje na 56 pacjentach. Do zakłuć i zranień nie dochodziło, wszystkie operacje się udały. Ojciec Jerzy Kalinowski bardzo marzył o operacji plastycznej dla pewnego dziecka, które kiedyś odkrył w wiosce.

Maluch miał rozszczep wargi. Takich dzieci tam nikt światu nie pokazuje, wychowują się zamknięte w chatach
i własnym cierpieniu. Kiedy widzieliśmy się w Fundacji na miesiąc przed wyjazdem chirurgów, aby domówić resztę szczegółów ojciec Jerzy pokazywał zdjęcia dziecka i dopytywał, czy chirurdzy dziecko zoperują. Obiecali, że zdecydują na miejscu, ale jeśli wada będzie do operacji możliwa podejmą się tego zadania. Doktor Renata Popik relacjonuje: "Przyszli rodzice, przynieśli dziecko, wada nie była duża, do zoperowania w 20 minut. I nagle okazało się, że ojciec się nie zgadza". Jak to się nie zgadza?! To po co przyszedł z dzieckiem?- spytałam. "Trudno mi powiedzieć. Nie wiem." Po operacji przepukliny jednym z zaleceń jest, aby nie podejmować wzmożonego wysiłku fizycznego. Pacjentom trzeba było zapewnić posiłki, by zbyt wcześnie nie opuścili szpitala i nie wrócili do swojej pracy w lesie. W Kamerunie do szpitala nikt nie przychodzi sam, każdym chorym opiekował się ktoś z rodziny. Nad całością czuwała siostra Genevieve.

 
 

Miłosz Jakubek

Minęły dwa tygodnie mojego pobytu w Kenii. Wiem już, że praca w ośrodku zdrowia w Kithatu nie należy do nudnych. Każdy dzień jest inny od poprzedniego. Nowi pacjenci, ich historie i przypadki. Ten dzień także przyniósł nowości. Siostra Claire, trzymająca piecze nad dziećmi w Day Care, pyta mnie czy mógłbym odwiedzić z nią babcię jednej z jej podopiecznych. Podobno kobieta ma ranę, która nie chce się zagoić od długiego czasu. Nie muszę w ogóle zastanawiać się nad tą propozycją. Przecież przyjechałem do Kenii żeby pomagać ludziom.

Zabieramy ze sobą środki odkażające, opatrunki i małą Smart - trzylatkę, której to właśnie babcia jest chora. Wsiadamy do samochodu i udajemy się w podróż. Moja pierwsza "wizyta domowa" w Kenii. Po ubitych wertepach w buszu jedzie się wolno. Mam czas żeby zapytać siostrę o szczegóły sprawy. Dowiaduję się, że Smart jest pod opieką sióstr w Day Care od roku. W ciągu dnia przebywa wraz z trzydzieściorgiem innych dzieci w mikro instytucji, takim "żłobko-przedszkolu". Dostaje trzy posiłki dziennie, jest ubierana i kąpana. Na noc, niestety, musi wrócić do domu. Niestety, ponieważ są miejsca, w których dzieci nie powinny dorastać. Smart mieszka na wsi, z trojgiem rodzeństwa i babcią. Ojciec jest przestępcą. Maltretował ich matkę i opuścił rodzinę. Na szczęście. Matka odeszła z domu z powodu biedy. Siostra Claire wie o co najmniej jednym z jej dzieci, które umarło z głodu. Aktualnie ta kobieta mieszka w innej wiosce i podobno, od czasu do czasu, przekazuje dla dzieci pieniądze.

W ten sposób maluchy zostały pod opieką babci. Słowo "opieka" być może jest nietrafione. Babcia jest chora i rzadko wychodzi z domu. Nie pracuje. Rodzina utrzymuje się z jałmużny - tego co dostaną od sąsiadów, od sióstr oraz z tego, co znajdą w lesie lub sami wyhodują na skrawku ziemi. Parkujemy samochód. Cześć drogi musimy pokonać pieszo. Docieramy na miejsce, gdzie pośrodku buszu stoi maleńka, drewniana chatka. Przed chatką palenisko - kuchnia. Po podwórzu, czyli ubitej ziemi przechadzają się trzy kury. 

Na sznurkach suszy się kilka sztuk dziecięcej odzieży. Nikogo nie ma w domu. Siostra Claire tłumaczy, że gdy trafiła tu po raz pierwszy przed rokiem, na prośbę sołtysa wsi, to miejsce wygladalo jeszcze gorzej. Dzieci były nagie, a najmłodsza dziewczynka - Smart, ewidentnie wyglądała na niedożywioną. Od tamtego czasu zaopiekowały się nią siostry. W końcu pojawiają się domownicy. Najpierw dzieci, a jakiś czas po nich babcia. Staruszka kuleje. Na lewej kostce ma brudny bandaż. Witamy się. Nie zapowiadaliśmy wizyty, ale kobieta nie wydaje się być zaskoczona lub przejęta naszym widokiem. Być może jest jej już wszystko jedno? Zabieram się do pracy. Odpędzam muchy, zdejmuję cuchnący bandaż, przemywamy ranę i zakładam nowy opatrunek. Starannie, bo nie wiadomo kiedy nadarzy się okazja żeby go zmienić. Kobieta z pewnością potrzebuje szpitalnej opieki, która niestety jest dla niej nieosiągalna.

Świadczenia zdrowotne w Kenii są odpłatne, a skoro brakuje pieniędzy na podstawowe potrzeby, nie starczy ich tym bardziej na leczenie. Poza tym, gdyby babcia zniknęła z domu na parę dni, dzieci zostałyby już zupełnie same. Wygląda na to, że będę musiał odwiedzić tę panią jeszcze kilka razy...
Po co w ogóle o tym opowiadam? Historia tej rodziny, jakkolwiek ekstremalnie nie brzmi, nie jest aż tak wyjatkowa. Siostry Świętej Rodziny w Kithatu prowadzą Day Care dla trzydziestu dzieci. Przygarnęły by ich więcej, chociażby rodzeństwo Smart, ale nie mają na to pieniędzy, ani warunków lokalowych. Wkrótce ma się to zmienić. W obrębie misji w Kithatu właśnie buduje się Centrum Dziecięce, które ma się stać Domem z Marzeń dla Smart i blisko setki innych dzieci z całej okolicy. Budowa jest finansowana na bieżąco ze środków od różnych darczyńców i instytucji. Pieniędzy wciąż jednak brakuje. Jestem na miejscu w Kithatu, codzinnie pracuję w ośrodku zdrowia i odwiedzam dzieci w Day Care. Widzę jak bardzo pomoc płynąca z Polski i innych krajów sie tutaj przydaje. Wiem, że Centrum Dziecięce jest tu potrzebne. Dlatego proszę Państwa, którzy to czytacie, o wsparcie budowy chociażby drobną sumą. Te pieniądze mogą tu zrobić prawdziwą różnicę.

Mój pobyt w Kenii wielkimi krokami zmierza do końca. Spedziłem w Kithatu dwa pożyteczne miesiące. Praca na pełen etat i dyżury w misyjnym ośrodku zdrowia nie są łatwe, ale z pewnością satysfakcjonujące. Jednak nie tym pragnę się dziś podzielić.

Na terenie misji Siostry Świętej Rodziny prowadzą Day Care. Jest to żłobek, do którego uczęszcza trzydzieścioro dzieci. Najczęściej pochodzą z rodzin znajdujących się w wyjątkowo trudnej sytuacji życiowej. Przez dwa miesiące regularnie odwiedzałem je w swoim wolnym czasie. Wspólnie się bawiliśmy, nawiązywaliśmy realcje, a gdy któreś było chore - badałem je i starałem się leczyć. Udało mi się również poznać ich historie, niektóre tak zatrważające, że skłaniały mnie do refleksji na temat całego szczęścia jakie mnie w życiu spotkało. Zapraszam zatem w podróż po wyboistej drodze dorastania w Kenii...

Smart ma 3,5 roku. Historię jej rodziny opisałem pewien czas temu. Gdy Smart po weekendzie wraca z domu do Day Care, jest tak słaba z głodu, że większość dnia przesypia budząc się na posiłki. W pozostałe dni tryska humorem i układa najwyższe wieże z klocków.

8-letnia Weddy jest najstarszą spośród naszych dzieci. Ma zespół Downa. Jej matka porzuciła ją zanim ukończyła roczek. Siostry dosłownie uratowały jej życie - wykarmiły i odchowały. Kolejne lata spędziła w domu swojego dziadka, gdzie jak się okazało doznawała przemocy najgorszego rodzaju. Aktualnie jest już bezpieczna, a w żłobku troskliwie opiekuje się młodszymi dziećmi.

Lewis i Kelwin to 1,5-roczni bliźniacy. Nie mają stałego domu. Ich matka nie żyje. Noce spędzają u babci, u różnych ciotek lub u ojca. Mężczyzna ten jest najprawdopodobniej schizofrenikiem. Pewnego razu bliźnięta wraz z dwójką starszego rodzeństwa cudem uniknęli śmierci z jego rąk. W psychotycznym napadzie chciał zabić swoje dzieci maczetą, jednak w ostatniej chwili sąsiedzi zapobiegli masakrze. Człowiek ten jest na wolności, nie leczy się, a chłopcy wciąż się z nim widują. Przynajmniej w Day Care nic im nie grozi.

2,5-letni Emmanuel trafił do Day Care pół roku temu. Nie umiał chodzić ani nawet siedzieć, nie mówił, miewał drgawki. Jego rozwój zatrzymał się na bardzo wczesnym etapie życia, czego przyczyną było przewlekłe niedożywienie. Matka się nim zwyczajnie nie interesowała i rzadko karmiła. Chłopiec nadrabia teraz te zaległości i ma się dobrze.

Rodzeństwo Evans i Nessy to 4,5 i 2,5-roczne brzdące. Ich ojciec znęca się nad matką i bije dzieci. Podobno w domu jest ostatnio trochę lepiej. W Day Care są wycofane i raczej poważne. Evans prawie nie mówi. Na szczęście istnieje sposób na wywołanie uśmiechu na ich buziach - zabawa pluszakami.

Elvin, urwis jakich mało. Ma 4 lata, choć wygląda co najwyżej na 3. Nigdy nie poznał ojca, a matki pewnie nie pamięta, ponieważ odeszła gdy był zaledwie niemowlęciem. Wraz ze starszym bratem mieszkają u babci, której jedynym źródłem utrzymania jest samodzielna uprawa poletka gruntu. Często nie mają czego włożyć do garnka. W żłobku Elvin śmieje się, dokazuje i wszędzie go pełno.

W całej Kenii rodzin z podobnymi problemami jest bez liku. Wciąż zadaję sobie pytanie - czy można naprawić ten świat? Prawdopodobnie nie, ale można się starać aby ludziom żyło się tu trochę lepiej. Day Care opiekuje się aktualnie zaledwie trzydzieściorgiem dzieci, co nijak się ma do realnego zapotrzebowania. Dotychczas siostry nie miały warunków, aby przyjąć ich więcej. Niebawem ma się to zmienić. Na terenie misji powstaje Centrum Dziecięce, które już od stycznia ma otoczyć opieką około setkę dzieci. Co kilka dni podglądam postępy w budowie. Oczyma wyobraźni widzę przyszłe klasy, sale zabaw i sypialnie, w których dzieci mają zapewnione normalne i bezpieczne dzieciństwo. Dzięki temu będą mogły wyrosnąć na szczęśliwych ludzi. Niestety wciąż brakuje funduszy na zabezpiecznie pełnej realizacji tego przedsięwzięcia. Jeśli ktokolwiek z Państwa chciałby pomóc tym dzieciom, które nie miały szczęścia urodzić się w lepszym świecie, może je wesprzeć finansowo. Naprawdę niewiele trzeba, żeby odmienić czyjeś życie.

Zbiórkę na rzecz budowy Centrum Dziecięcego można znaleźć pod adresem:
https://pomagam.pl/misjakenia

Miłosz Jakubek

 

Strona 1 z 15