Moje trzy miesiące pobytu w Kamerunie

Moje trzy miesiące pobytu w Kamerunie

Trzy miesiące to krótko i długo. Za krótko, by pomóc wszystkim potrzebującym, pojechać na wszystkie wioski i tam usuwać zęby, by zobaczyć wszystkie interesujące miejsca w okolicy. Ale wystarczająco długo, by zaprzyjaźnić się z mieszkańcami, zatrzymać się i zobaczyć, że najważniejszą chwilą którą przeżywam, jest TERAZ; by uczyć się radości z życia mimo wielu trudności.

Dziecko z sierocińca niedaleko Abong-Mbang

Mój wylot do Kamerunu nie był planowany na długo wcześniej. Miałam przed sobą perspektywę rozpoczęcia pracy po stażu dyplomowym. Pojechałam na ŚDM do Krakowa, gdzie spośród wielu pięknych treści usłyszałam zdanie, które wyryło się w moim sercu „Bóg błogosławi waszym marzeniom!” Uświadomiłam sobie, że zakładanie własnej działalności to niekoniecznie moje marzenie, lecz od dwóch lat był nim wyjazd na misje. Pan Bóg mi pobłogosławił, udało mi się w czasie pozałatwiać wszystkie sprawy i już 3 października byłam w samolocie do Kamerunu.

      

Już od pierwszych godzin na czarnym lądzie (a raczej czerwonym lądzie – ziemia w Kamerunie jest czerwona ze względu na występujące tam gleby laterytowe) doznawałam „porażenia zmysłów”. Ciepłe, wilgotne powietrze, tłumy ludzi na ulicach, porozstawiane stragany wzdłuż drogi, mnóstwo rozklekotanych żółtych samochodów - taksówek, co chwila używających klaksonu, przeciskający się ludzie między samochodami, kobiety w pięknych kolorowych sukniach. W drodze do Abong-Mbang bujne, gęste lasy równikowe, plantacje ananasów, bananowce. Na bramkach, gdzie dokonuje się opłatę za przejazd asfaltową drogą dzieci sprzedające pokrojone owoce,  szaszłyki z wołowiny lub z robaków żyjących w pniu palmy (vers blancs). Ludzie zgromadzeni przed swoimi domami, popijający sok z palmy, dzieci bawiące się zaimprowizowanymi zabawkami… Wszystko mi mówiło, że AFRYKA ŻYJE!

Szaszłyk z vers blancs

 

Praca

Praca w gabinecie na początku nie była zbyt intensywna, już w drugim tygodniu pobytu doznałam realiów afrykańskich – piorun uderzył w naszą przychodnię, zepsuł przetwornicę napięcia od baterii słonecznych, z miasta nie było prądu… Jedyne co mogłam robić, to usuwać zęby z latarką czołówką na głowie: do czasu, gdy pojawi się prąd z miasta lub gdy ktoś z Polski nie przywiezie nowej przetwornicy. By optymalnie wykorzystać swój czas, pięciokrotnie zamykałam gabinet dentystyczny i udawałam się na wioski, by tam udzielać pierwszej pomocy dentystycznej. Praca w miejscach oddalonych o 100, 150, 300 kilometrów była prawdziwą misją.

Abong-Mbang, w drodze do gabinetu

Miałam świadomość, że pacjenci ci od lat cierpią z powodu bólu zęba, bo nie mają możliwości przyjechać do tak odległego gabinetu… Szczególnie że droga była fatalna (tylko 50 km asfaltu), a reszta to piękna czerwona ziemia: w porze deszczowej często nieprzejezdna ze względu na błoto lub stojące ogromne kałuże, w porze suchej zaś częstująca przejezdnych czerwonym pyłem, zalepiającym drogi oddechowe (główny sposób przemieszczania się to motor).

Taka radość

Miałam więc ręce pełne roboty, ekstrakcje nie należały do najłatwiejszych (połamane korzenie, schowane pod dziąsłem złamane ósemki). Kilkakrotnie byłam wyczerpana po pracy w takich warunkach, lecz wdzięczność pacjentów rekompensowała wszelkie zmęczenie. W jednej miejscowości, tuż przy granicy z RCA, rozdałam dzieciom szczoteczki do zębów, a one brały je do buźki zapakowane, nie wiedząc, jak się ich używa… Były bardzo zaciekawione moją pracą (pracowałam na zewnątrz, więc stawały niedaleko by się przyglądać), przychodziły oglądać duży model zębów i bawiły się nim. Pewnie pierwszy raz w życiu widziały dentystę!

Dzieci, które otrzymały szczoteczki

Gdy miałam prąd w gabinecie (z miasta lub z baterii słonecznych), mogłam leczyć zęby, usuwać kamień nazębny. Każdą rozmowę rozpoczynałam od instruktażu higieny jamy ustnej, modyfikowałam sposób szczotkowania. Musiałam się wiele „nagadać”, że korzeń pozostający w jamie ustnej, mimo że nie boli, nie jest oznaką zdrowia tego zębai trzeba go usunąć.

Gabinet w Ndelele tuż pod granicą z RCA, wszyscy uśmiechnięci po udanym zabiegu

Kilkakrotnie szłam do pobliskiej szkoły podstawowej prowadzonej przez s. Alicję, by przeprowadzić lekcję higieny jamy ustnej. Na początku pytałam dzieci jak i kiedy myją ząbki, na modelu pokazywałam jak zrobić to prawidłowo, następnie uczyłam je piosenki „Szczotka, pasta, kubek, ciepła woda”, którą wcześniej przetłumaczyłam na język francuski, po czym wszyscy razem szliśmy przed szkołę myć ząbki. Tam już w praktyce modyfikowałam sposób szczotkowania i robiłam przeglądy jamy ustnej dzieci. To była wielka frajda i dla mnie i dla dzieci! Maluchy sześcio- i siedmioletnie, od których zaczęłam, od razu załapały nowości i codziennie rano, jedząc śniadanie, słyszałam jak pięknie śpiewają tą piosenkę. Po kilku dniach ponownie przychodziłam do klasy i sprawdzałam, czy stosują się do zaleceń i każdemu dziecku wręczałam w nagrodę lizaka.

Wspólne szczotkowanie zębów z najmłodszymi dziećmi ze szkoły

 

Poza pracą radość, życia!

Dostrzegalna na każdym kroku bieda kontrastowała z niesamowitą radością mieszkańców. Zaciekawiona tym widokiem, chciałam poznać lepiej tamtejszą kulturę. Zaczęłam śpiewać w chórze parafialnym, tam zaprzyjaźniłam się z młodymi z okolicy, nauczyłam się śpiewać w językach plemiennych: Ewondo, Maka, Bamileke, Badżue, uczyłam się tańczyć, poznawałam miejscowe zwyczaje.

 

Taniec tradycyjny w trakcie akademii szkolnej

Miałam okazję uczestniczyć w uroczystościach pogrzebowych (które często są bardziej radosne niż niejedno wesele w Polsce), w akademii szkolnej (która ma niewiele wspólnego ze staniem na baczność i senną atmosferą), w rocznicy 25-lecia pobytu sióstr Duszy Chrystusowej w Djouth we wschodnim Kamerunie, tam tańczyć z Pigmejami.

W cieniu kakaowca

Uczyłam się przygotowywać potrawy kameruńskie, obierałam ziarna kakao, poszukiwałam hipopotamów, spływałam pirogą rzeką Dja, unikając spotkania z krokodylem, podglądałam goryle i szympansy w „sanktuarium małp”. Wszystkie te doświadczenia pokazały mi energię życia, życia na 100%. Kilka lat temu mój znajomy, mały brat Jezusa - Kazek życzył mi „więcej życia w latach niż lat w życiu”. Te piękne życzenia po pobycie w Afryce jeszcze bardziej chcę wcielać w życie!

  

W trakcie świętowania 3 rocznicy śmierci męża pani z lewej strony

 

Przygotowanie potraw na uroczystość 25-lecia Sióstr w Djouth przez miejscowe kobiety

 

W trakcie przygotowywania afrykańskiej potrawy mbongo – ucieram kamieniem czosnek i orzechy

 

Dzieci w trakcie loterii fantowej (zabawki zebrała wolontariuszka Monika w szkole w Polsce)

 

3 małpki

Kardynał Stefan Wyszyński powiedział: „Jedni mówią: czas to pieniądz, a ja wam mówię: czas to miłość! Pieniądz jest znikomy, a miłość trwa!” Wolontariat w Kamerunie był pięknym doświadczeniem miłości… Troszkę dałam z siebie, a otrzymałam wielokrotnie więcej! Dziękuję

Z Pigmejami

 

Na porodówce nie ma ściemy

Wywiad z Eweliną Walkowiak

 

Położna, wolontariuszka, kobieta wielkiego serca. Czy wszystko się zgadza?

Położna – tak, wolontariuszka – jak najbardziej. To serce nie jest aż takie duże, ono cały czas rośnie. Na pewno jeszcze nie wielkie, ale pracuję nad tym.

 

Tego jestem pewien. W każdym razie, chciałbym porozmawiać z Tobą o każdym z tych aspektów Twojego życia. Od czego rozpoczniemy?

Może od wolontariatu. Od tego się sporo zaczęło.

 

Dobrze, gdzie zatem praktykujesz wolontariat i na jakiej zasadzie?

Pracuję społecznie już od 5 lat, na Grunwaldzkiej 86 w Poznaniu, w Fundacji Pomocy Humanitarnej ”Redemptoris Missio”. Prowadzę tam program „Położna w Afryce”, który ma zachęcić afrykańskie mamy do rodzenia swoich dzieci w placówkach medycznych. Na tym skupiam się najbardziej, ale udzielam się też w innych wolontariatach.

 

Jak się znalazłaś w Fundacji?

To jest długa historia. To było właściwie na drugim roku. Te nasze położnicze studia były bardzo obciążające, zajęcia trwały od rana do wieczora. Było mi bardzo ciężko, bo właściwie nic się nie działo – wstawałam rano, kończyłam wieczorem, każdy dzień wyglądał tak samo. Wszyscy mówili, że studia to jest najlepszy czas w życiu, a ja sobie myślałam: "O Matko, jaka tragedia, gorzej być nie może". Mówili też, że na studiach znajdę męża, a ja byłam w grupie 80 dziewczyn!

 

Bez żadnego faceta?

Żadnego! Wiedziałam, że w takim razie muszę wyjść do ludzi, bo jak tego nie zrobię, to nic się nie zmieni. Cały czas będę na tej uczelni od rana do wieczora, a o mężu nie wspomnę. Miałam w sobie poczucie, że żyję tylko dla siebie na tych studiach, a przecież po co mi takie życie tylko dla siebie. W ogóle mi się to nie podobało. Chciałam czegoś więcej. Szukałam więc różnych wolontariatów, a jeden mi się spodobał. No i trafiłam do Fundacji. Pewnego dnia zadzwoniłam do nich i mówię, tak dość oficjalnie, że mam na imię Ewelina, jestem położną, studentką i chciałabym się zaangażować w wolontariat. W ogóle nie myślałam wtedy o wyjeździe. Moim priorytetem było znalezienie męża i otworzenie się na innych ludzi.

Już od dawna miałam w sobie pragnienie misyjne. Kiedyś w gimnazjum odkryłam, że ta Afryka mnie w jakiś dziwny sposób strasznie inspiruje. Na pierwszym roku studiów były zajęcia z interny, nasze drugie zajęcia kliniczne. W ogólne nie wiedziałam z czym to się je, potrafiłam tylko ścielić łóżko, ale robiłam to z wielką pasją. Był tam taki starszy pacjent, Pan Włodek. Był strasznie krnąbrny i nic mu nie pasowało. Ścieliłam mu łóżko, a on się mnie pyta: "Dziewczę, co ty będziesz robiła po tych studiach?". Ja mu wtedy odpowiadam - z grubej rury: "Wyjadę na misje". On do mnie: "Czy ty w ogóle znasz jakiś język?". Niestety, z tym było średnio. Zaczął opowiadać mi historię swojego życia, okazało się, że jest żeglarzem i odwiedzał różne zakątki świata. Powiedział, że nie ma najmniejszego sensu żebym w ogóle zaczynała w coś takiego wchodzić, że się nie nadaję, że nawet prześcieradło nie jest dobrze pościelone, a skoro nie znam języka, to w ogóle nie ma o czym rozmawiać.

 

Co sobie wtedy pomyślałaś?

Matko Święta - tragedia! Wtedy wcale nie byłam pewna swoich studiów, ani właściwie niczego. Jeszcze on, który całkowicie rozwalił mi ten mały światopogląd, który gdzieś tam kiełkował. Przyszłam do domu i chciałam zakopać się pod ziemię. Jednak poczułam pewną mobilizację. Czasem mam nadzieję, że on kiedyś usłyszy, że on mnie wtedy mocno zmobilizował. Mam nadzieję, że jest zdrowy.

 

Myślę, że taki kopniak przydałby się wielu młodym ludziom, którzy nie wiedzą co chcą zrobić ze swoim życiem. Wracając do samej Fundacji, może opowiedziałabyś co tam się właściwie dzieje.

W Centrum Wolontariatu zajmujemy się głównie wysyłką materiałów opatrunkowych i innych podstawowych rzeczy, które przydadzą się na misji, głównie z zakresu medycznego. Staramy się zrobić tak, żeby na misji znalazło się to, czego potrzeba najbardziej. Fundacja działa przy Uniwersytecie Medycznym już 24 lata. Swoją opieką obejmuje obecnie kilkadziesiąt misji w najdalszych zakątkach świata. W naszych akcjach bierze udział tysiące instytucji z całego kraju.

 

Czy w związku z tym, że pracowałaś w Afryce czujesz się kimś szczególnym?

Miałam coś takiego wyjeżdżając po raz pierwszy: "Teraz taki ze mnie ktoś". A jak przyjeżdżasz na miejsce i widzisz prawdziwego misjonarza, który pracuje tam np. 50 lat, to myślisz o sobie: "Jestem ziarnkiem grochu, piasek i marność nad marnościami". Światopogląd się całkowicie zmienia.

 

Co właściwie skłoniło Cię do takiej formy pomagania ludziom? Przecież tu, na miejscu, w Polsce, można robić tak dużo różnych rzeczy. Jest wiele innych fundacji. Można np. aktywizować zawodowo bezdomnych, pomagać w schronisku dla zwierząt, zbierać pieniądze na leczenie chorych. Nie trzeba przy tym wyjeżdżać w niebezpieczne miejsca.

To pytanie, które ludzie często zadają. Zawsze mam z nim problem. Nie wiem, czy znam na nie odpowiedź. Ja czuję, że w tym miejscu jest coś, co ja mam zrobić, po prostu. Nie bez powodu trafiłam właśnie do tej fundacji, nie bez powodu pojawił się taki Pan Włodek i nie bez powodu wysłano mnie do Afryki. Ja czuję, że jest to część misji, którą mam pełnić. Czemu jest to akurat ta fundacja, czemu jest to Afryka, a nie Polska? Nie wiem. Ja jestem prosty człek - robię to, co czuję, że jest dobre. Będąc w tej fundacji się spełniam, widzę jak pomoc, którą dajemy, działa i to jest dla mnie najważniejsze.

 

Ile czasu spędziłaś na Czarnym Lądzie, w jakich byłaś krajach i ile razy wyjeżdżałaś?

Wyjeżdżałam trzy razy, dwukrotnie w ramach programu Ministerstwa Spraw Zagranicznych „Polska Pomoc”. Łącznie spędziłam tam półtora roku. Pracowałem w Etiopii, Kenii i Tanzanii. Na razie tyle, ale to jeszcze nie koniec.

 

Czy masz jakieś przykre wspomnienia? Wątpiłaś albo bałaś się?

Oczywiście, że tak bywało. Na pewno jak się jest w momencie, kiedy nie możesz nic zrobić, bo np. jesteś w miejscu, gdzie nie ma takiego sprzętu jak u nas i przychodzi pacjent, a Ty cały czas masz głowę europejską. Myślisz: "Zrobię to, to, to i on będzie wyleczony". Ale jesteś tam i tego sprzętu nie ma. Nie ma niczego, oprócz Ciebie. Pierwsze co zrobię, to myślę: "Panie Boże, weź to ogarnij, bo co ja tu ogarnę?". Wiele razy tak robiłam. Zdarzyło mi się być przy śmierci matki podczas porodu. Przy śmierci noworodka również. To były takie momenty, że myślałam: "A gdybym umiała więcej, a gdyby był prąd albo gdyby tak nie lało, to mogłabym przewieźć pacjentkę do szpitala". Wtedy to wszystko sobie wyrzucasz. Takie rzeczy, jeśli nieprzepracowane, bardzo mocno zostają gdzieś w głowie, ale ja żyję filozofią, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Więc jakby zawsze gadam z Bogiem: "Jak tak chcesz, to teraz mnie ogarnij tam w środku".

 

Przerzućmy się teraz na temat Twojej pracy. Czy lubisz być położną?

Bardzo to kocham. Są momenty trudne, o które już wcześniej pytałeś, ale nie wyobrażam sobie pracy w innym miejscu. Ten moment, gdy to dziecko już jest, ta kobieta, która dostaje je na pierś. Ja przy tym tak często ryczę! W szpitalu na Polnej mamy takie maseczki, w których zawsze robię sobie dodatkowe miejsce na łzy, bo wiem, że się popłaczę. Patrzę na ojca dziecka – ryczy - dobrze. Ryczymy we dwoje. Tam jest magia. W położnictwie jest taki aspekt, którego medycyna, jak mam nadzieję, nigdy nie zrozumie. Ten aspekt życia - kiedy się ono zaczyna, a kiedy właściwie kończy. To jest ta tajemnica, którą kocham najbardziej. Tam z człowieka wychodzi prawda. Przy poradach kobiety nigdy nie udają. O to chodzi, ja lubię prawdę w ludziach. Na porodówce nie ma ściemy. Właściwie jestem człowiekiem bardzo wstydliwym i kiedyś uciekałam od czegokolwiek związanego z ludzkim ciałem. Gdy widziałam pierwszy poród myślałam: “Czy ja mogę dotknąć tej kobiety, czy mogę ją zbadać, co ja mogę jej zrobić?”. Jezu, jak ja się wstydziłam!. Byłam czerwona jak burak. Wtedy tak sobie mówiłam: “Boże, w coś Ty mnie wrzucił? W takie bagno?”. Teraz czuję, że to jest duża łaska, że pracuję z ciałem w takim jego najbardziej intymnym momencie, bo chyba bardziej niż przy porodzie, to już się nie da.

 

Twoja praca Ci się ewidentnie podoba, ale gdzie jest lepiej? W Polsce, czy w Afryce? Czy w ogóle czymś się różnią pod tym względem?

Różnią się wszystkim. Od razu powiem, że wolę Afrykę. Wynika to z tego, że w Afryce, jak mam wrażenie, ciągle najważniejszy jest człowiek. Jest pacjent i po prostu się działa. To kocham bardzo. Tutaj już wielokrotnie dostawało mi się za niewypełnione papiery, za brak podpisu, czy pieczątki. Nawet swojej oddziałowej powiedziałam, że tego nie przeskoczę. Dla mnie ważniejsze jest, że to jest pani Katarzyna, a nie “pacjentka z sali nr 2, położenie główkowe”. Tak się mówi o tych pacjentkach. Przecież ona raz jedyny rodzi to dziecko. Raz jeden w jej życiu! My musimy być na 100% w tym czasie. Dokumentacja, wiadomo, jest ważna. Ona nam pomaga, ale nie możemy być zafiksowani tylko i wyłącznie na jednym kierunku. W Afryce mi się podoba, bo jest człowiek i jest życie. To bardzo w niej kocham.

 

Ktoś czytający lub słuchający opowieści Twojej albo innego wolontariusza może pomyśleć: ,,Fajnie, też bym chciał gdzieś wyjechać, ale kto mi da parę miesięcy urlopu?”. Co byś mu poradziła, jak ma pogodzić pracę z wyjazdem?

No właśnie mi się tak wydawało kiedyś, że czegoś nie można zrobić, ale teraz uważam, że wszystko można jeśli się chce.

Dużo osób, czy to lekarzy, czy pielęgniarek lub położnych robi tak, (i dla nich to w ogóle niezwykły szacun) że oszczędzają urlop przez cały rok i wyjeżdżają kiedy już im się zbierze. To jest taki prawdziwy wolontariat, czy misjonarstwo, to mi się podoba. Ale są też osoby, które dostają urlop na wyjazd od swojego pracodawcy, więc wydaje mi się, że jest to kwestia samozaparcia i motywacji. Nie mówię, że trzeba od razu zwalniać się pracy, jeśli ktoś nie jest tego pewien, to może sobie tu furtkę zostawić. To wszystko jest do zrobienia. Jak ktoś mówi, że nia da rady, to po prostu jeszcze nie próbował.

 

Myślę, że każdy czytając ten wywiad domyśli się, że jesteś wierząca. Ciekawi mnie, jaki Twoja wiara miała wpływ na działania, które podejmowałaś i na to, jaką jesteś osobą. Czy jeśli, w jakimś równoległym wszechświecie, żyje Ewelina ateistka, jest ona taka sama jak nasza Ewelina, tylko nie chodzi do kościoła i nie zmawia pacierza, czy może jest zupełnie inną osobą?

To pytanie jest bardzo obszerne. Zacznijmy od początku. Czy wiara miała wpływ? Na pewno tak, ale jaki to był wpływ, ciężko powiedzieć. To wszystko jest tak mocno we mnie, że nie potrafię tego odseparować. Ta wiara buduje mnie całkowicie. Bardzo bym chciała i marzę, żeby każdy wybór, którego dokonuję, był poparty moją wiarą i tym kręgosłupem, który mi wszczepiła. Dużo osób, które mnie zna mówi, że jestem kato-ortodoksem. Ja się z tym zgadzam. Mam też wrażenie, że im dalej idę w las, w tę wiarę i staram się ją pogłębiać, to jestem coraz większym ortodoksem. Jeśli się pod czymś podpisujesz, to rób to na 100%. Ja tak robię. W różnych środowiskach, też w pracy, ludzie już patrzą na mnie przez pewien okular. Ja robię wszystko przez ten pryzmat i widzę jak to dobrze wychodzi. To jest dla mnie najważniejsze.

 

Czy uważasz, że te dwie rzeczy, działalność misyjna i wiara w Boga, są ze sobą bardzo powiązane, czy raczej od siebie niezależne.

Zupełnie niezależne, choć chyba dobrze by było, gdyby były ze sobą powiązane. Tu się odzywa mój kato-ortodoksizm. Jak najbardziej, to jest sytuacja idealna. Ale jest mnóstwo osób deklarujących się jako niewierzące, a robią TAKĄ robotę. Tylko nie podoba mi się cały ten podział – osoby wierzące i niewierzące. Ja mam wrażenie, że ludzie robiący wielką pracę na misji, którzy nie wierzą w Boga, wierzą w coś innego – w dobro. To dobro ich napędza, a my przecież i tak wszyscy spotkamy się na wielkiej imprezie w Niebie. Nie wierzę, żeby było inaczej. Reszta jest nieistotna.

 

Gdzie widzisz siebie za parę, paręnaście lat? Masz przed sobą konkretne plany, czy raczej działasz spontanicznie?

Raczej staram się nie wybiegać poza dzień dzisiejszy, ale jestem tutaj już prawie od roku i trochę tej Europy, tego naszego polskiego planowania wróciło do mojej głowy. Myślę, że gdybyś zapytał mnie o to pół roku temu, odpowiedź byłaby taka, że byłabym drugą Wandą Błeńską, siedziała na misji, robiła robotę i tam umarła. Najlepiej żeby za dużo ludzi nawet nie wiedziało o tym, że tam jestem. Wystarczyłoby, że znaleźliby się tacy, którzy kontynuowaliby to, co tam zaczęłam i ta robota by się działa.

 

Ale przecież skądś musieliby wiedzieć czyją pracę mają kontynuować.

Tak, ale wystarczyliby miejscowi, Europa to już niekoniecznie. Jak przyjechałam do Polski po trzeciej misji, pomyślałam znowu: “Tato, Góro, rób co chcesz. Ja tutaj jestem, ja się otwieram i co mi dasz, to ja wezmę”. Czekałam i czekałam, a Tato z Góry podsunął mi inną drogę, którą teraz staram się iść. Nie ukrywam, że nie jest łatwa, jest nawet ciężej, bo tamtą drogę już sobie wcześniej poukładałam. Teraz próbuję połączyć dwie rzeczy na raz. Myślę o życiu w rodzinie. Oczywiście, to jest związane z moim położnictwem, bo przecież nigdy nie będę dobrą położną jeśli sama nie urodzę ósemki dzieci, a przynajmniej jednego. Widzę, że gdybym sama kiedyś rodziła, to pomogłabym tym kobietom bardziej. Wchodzę w etap, że chciałabym być doskonała w swoim zawodzie, choć wiem, że nigdy nie będę w stanie. Tylko życie w rodzinie może mnie do tego zbliżyć. Także moim marzeniem jest połączenie bycia świetną położną z pracą na misji oraz założeniem rodziny. Czy to się uda - nie mam pojęcia. Na pewno celem, który chcę mieć gdzieś w sobie, to cały czas pracować dla środowiska misyjnego, wyjeżdżając tam albo tu na miejscu. Chciałabym ciągnąć to już do końca życia. Wiem, że to jest bardzo potrzebne.

 

Czy na co dzień, będą tutaj w Poznaniu, na porodówce, myślisz o Afryce? Czy jest ona ciągle gdzieś przy Tobie?

Myślę o niej i jestem tam codziennie. Nawet na sali porodowej, gdy patrzę na moje biedne kobietki, którym ktoś wcześniej namotał w głowie, że one nie urodzą, że da się tylko przez cięcie. Wtedy sobie przypominam o Afryce, o czternastolatkach, które po prostu rodzą. Czasem bym chciała te europejskie móżdżki naszych kobiet zamienić na chwilę z afrykańskimi, żeby mogły zobaczyć jak można naturalnie rodzić. Gdy jestem w domu, to też myślę o tamtych miejscach. Z resztą, ciągle pracuję dla misji, z którymi się związałam. Staram się realizować z nimi różne projekty. Jestem w kontakcie z siostrami, z którymi pracowałam i bardzo za tym tęsknię.

 

Czy w swojej pracy w Polsce i na misjach wspierasz się jakimiś autorytetami?

Właściwie to już nawet o tym wspomniałam.

 

Wanda Błeńska, czyż nie tak?

Tak, Wanda Błeńska to jest kosmos-kobieta. Czasem nawet do niej gadam: ”Wandzia, weź ogarnij żebym ja mogła ja Ty”. Chciałabym nią być. Jestem ogromnie szczęśliwa, że miałam szansę ją poznać. Pewnego razu umówiłam się z nią, bo miałam ją gdzieś zawieść. Miałam taki bardzo stary samochód, który dał mi ojciec. Niestety, zepsuł mi się na rondzie gdy po nią jechałam. Prawdziwy koszmar! Musiałam go odholowywać, a z Wandzią się nie spotkałam. Żałuję, że straciłam okazję by być z nią sam na sam, szczególnie w tym ostatnim okresie jej życia. Jednak sam fakt, że dane mi było kiedyś uścisnąć jej dłoń, zaśpiewać z nią kolędy, było dla mnie czymś wielkim. Także na pewno autorytetem jest dla mnie Wandzia. Poznanie jej osobiście było niesamowitym doświadczeniem. Starsza pani w berecie, mieszkająca na wsi, niczym się nie wyróżniałą, a tyle była w stanie zrobić. Właśnie kimś takim chciałabym być.

 

Myślę, że ktokolwiek na Ciebie spojrzy, posłucha, nie oprze się wrażeniu, że jesteś bardzo pogodną osobą. Co takiego napędza Cię do działania na pełnym uśmiechu?

Jest to wiara, oczywiście. Człowiek wierzący jest radosny, choć my też czasem bywamy smutni, szczególnie podczas Wielkiego Postu, który to okres właściwie uwielbiam. Mówi się, że jesteśmy szaleńcami i tak trochę jest. To, że masz świadomość wstając rano, że ktoś na ciebie czeka, ktoś ciebie kocha, sprawia, że czujesz się szczęśliwy.

 

Wolontariat, przynajmniej w środowisku Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, jest tematem całkiem modnym. Czy miałabyś jakieś porady dla ludzi, może studentów, którzy gdzieś z tyłu głowy mają myśl o wyjeździe? Jakieś przestrogi?

Z tym wyjazdem jest tak, że trzeba uważać, żeby nie patrzeć na to tak całkowicie europejsko: “Pojadę tam i tam, zrobię to i to, a jak wrócę, to zrobię jeszcze coś innego”. W przypadku naszej Fundacji, idąc tam zazwyczaj nie wiesz, do jakiego miejsca będziesz wysłany, nie wiesz jaką misję będziesz pełnił. Dlatego jadąc tam trzeba mieć bardzo otwarte serce, przyjąć to, co tam dostaniesz i na koniec jeszcze dać coś od siebie. Uważam, że trzeba by troszkę poukładać siebie przed wyjazdem. Mam wrażenie, że musisz być duchowo w całości, moralnie w miarę też, żeby móc dawać siebie innym. Na misji głównie to się robi. Oprócz tego niesamowicie ważna jest jeszcze jedna sprawa – wiedza i umiejętności. Skoro masz pomagać musisz wiedzieć jak to robić. Wyjazdy na pierwszych latach studiów po prostu nie mają sensu. Zatem, zadanie nr 1 – OGARNIJ SIĘ. Nie znaczy to, że chcę kogoś zniechęcić - wręcz przeciwnie. Myślę, że taki wyjazd, np. do Afryki, pomógłby niektórym wyraźniej spojrzeć na centrum tej pracy, czyli człowieka. Chciałabym dziewczyny, położne i pielęgniarki, wysłać gdzieś na misję. One zrobiłyby piękną pracę w Afryce, a same, w zamian, dostałyby jeszcze więcej.

 

Być może jakaś położna, która przeczyta ten wywiad zostanie natchniona do ważnej decyzji.

Jak najbardziej zapraszamy wszystkich.

 

Ewelino, jestem pewien, że ta rozmowa zostanie mi w pamięci na bardzo długo. Dziękuję Ci za nią i życzę wielu nowych, udanych i wspaniałych przedsięwzięć. Do zobaczenia.

Również dziękuję i z okazji czasu, który się zbliża, życzę wszystkim Błogosławionych Świąt, aby każdy mógł poczuć Narodzenie w sobie.

 

 

Rozmawiał Miłosz Jakubek

 

Komentarz – Ewelina Walkowiak jest członkiem Zarządu Fundacji Pomocy Humanitarnej „Redemptoris Missio”. Kieruje programem „Położna w Afryce”. Magister położnictwa, absolwentka UMP. Pracuje jako położna w Ginekologiczno-Położniczym Szpitalu Klinicznym UM w Poznaniu.

 
 

Strona 1 z 11